Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
743 posty 333 komentarze

Lalkarz zamiast marionetki

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Zastąpienie Baracka Obamy przez Władymira Putina na pozycji lidera rankingu najbardziej wpływowych osób układanego przez „Forbes”, to nie tylko wyraz uznania dla mistrzowskiego zapobieżenia nowej wojnie w Syrii przez rosyjskiego przywódcę.

To także wskazanie, że powtarzane do znudzenia określenie, że „prezydent USA jest najpotężniejszym człowiekiem na ziemi” - zwyczajnie nie odpowiada prawdzie.

 

 

 

Składa się na to szereg okoliczności, choćby związanych ze definiowaniem pojęcia potęgi. Zainteresowanych zgłębianiem teorii zachęcam do zapoznania się z projektem badawczym Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych na ten właśnie temat: http://geopolityka.org/potegi-panstw, na potrzeby naszych rozważań zostańmy jedynie przy konstatacji, że archaiczne myślenie o władzy w Waszyngtonie jako nieomal władzy nad światem, opierało się po pierwsze na uznaniu wyższości amerykańskich sił zbrojnych i ich zdolności nie tylko do szybkiego unicestwienia całego globu (którą to zdolność posiada jeszcze parę armii), ale i logistyki, pozwalającej na sprawne operowanie na globalnym froncie działań, choć – jak się okazało na przykładzie iracko-afgańskim, nie na całym jednocześnie bez swego rodzaju zadyszki. Już jednak czynniki polityczne i – nade wszystko ekonomiczne, nie pozwalają tak jednoznacznie umiejscowić stolicy potęgi.

 

Cóż bowiem z największej nawet, najnowocześniejszej i najsprawniejszej armii, jeśli wola polityczna nią sterująca – nie znajduje dla niej efektywnego wykorzystania? W ten czy inny sposób, ale siły zbrojne są jedynie środkiem uprawiania polityki, w tym dyplomacji, nie zaś uniwersalnym miernikiem potęgi i celem samym w sobie, o czym przekonali się choćby Hunowie. A ponieważ w Stanach interes polityczny państwa, interesy kompleksu wojskowo-przemysłowego oraz czynniki propagandowe przeplatają się w zakresie faktycznie wyjątkowym i ogromnym – zatem nawet owa przewaga zbrojna nie może być traktowana jako oczywisty i jednoznaczny czynnik mnożący potęgę, niekiedy bowiem to polityka ogranicza możliwość użycia wojska, a niekiedy niewspółmierna do potrzeb politycznych akcja zbrojna wręcz szkodzi i pogarsza sytuację polityczną USA.

 

Jeszcze wyraźniejsze wątpliwości można wysunąć na polu ekonomicznym. O ile bowiem faktycznie – Stany są wciąż w stanie zdestabilizować ekonomicznie niemal każde państwo na świecie (choć niekiedy oznaczałoby to także zniszczeniu własnej gospodarki) – to nie można już stwierdzić, że Ameryka sama jest nadal absolutnie zabezpieczona przez takim samym wpływem z zewnątrz. Przeciwnie, bodaj pierwszy raz od czasu kryzysu paliwowego lat 70-tych ekonomia Zachodu, oparta wszak na amerykańskiej – stała się dziś tak zależna od polityki podmiotów spoza sfery oddziaływania własnego bloku, w tym zwłaszcza od działań Chin. Nieprzypadkowo zresztą to  Xi Jinping znalazł się na trzecim miejscu wspomnianego rankingu i nie jest to pewnie jego ostatnie słowo. Nota bene na wagę czynnika ekonomicznego wskazał też sam  Putin, który w wywiadzie dla południowokoreańskiej telewizji KBS podkreślił, że „światowe wpływy Rosji są uzależnione od jej statusu ekonomicznego”, w tym szans na utrwalenie wzrostu gospodarczego i stworzenie trwałych podstaw rozwoju, zwłaszcza infrastruktury.

 

Wreszcie trzecia i podstawowa kwestia związana jest z odmiennością przywództwa amerykańskiego i rosyjskiego. Otóż nie jest przecież tajemnicą, że rzekoma personalizacja władzy w USA, pokrywa w istocie czysto oligarchiczny system rządów. Od dekad, a w zasadzie od stuleci oznaczający jedynie pewne zniuansowanie akcentów pomiędzy poszczególnymi grupami interesów. Nieprzypadkowo na liście „Forbesa” w bliskim sąsiedztwie  Obamy jest postać w istocie kto wie, czy nie reprezentująca jeszcze potężniejszych kręgów i potrzeb, niż sam prezydent – czyli  Ben Bernanke, szef Rezerwy Federalnej (na miejscu 7), a także armia biznesmenów, miliarderów, liderów kapitału, na czele z  Billym Gatesem (6.),  Warrenem Buffetem (13.),  Jeffem Bezosem  (15.) czy  Rexem Tillersonem z Exxon Mobile (16.) Wyprzedzają oni np. prezydenta Francji, a za nimi jest zresztą armia pozostałych prawdziwych rozgrywających. Ktoś odpowie, że ich obecność w ścisłej czołówce jest miarą potęgi całej Ameryki i systemu zachodniego. Być może, ale jednocześnie dobitnie pokazuje, jak złudna i znikoma jest władza polityczna rozumiana inaczej, niż tylko jako emanacja interesów wielkiego kapitału. Czy bowiem fakt, że następny na liście po Putinie Rosjanin, premier  Dymitr Miedwiediew  jest dopiero 53., a kolejny –  Igor Seczin, szef Rosnieftu – 60. - świadczy o słabości Rosji, czy raczej o tym, że Putin faktycznie zasłużył na wyróżnienie, bo  w przeciwieństwie do swego amerykańskiego konkurenta nie tylko symbolizuje realny układ władzy, ale go tworzy? Po okresie smuty w latach 90-tych, Federacja Rosyjska nie jest już państwem oligarchicznym, dawni władcy kraju są na wygnaniu, w obozach, albo na tamtym świecie, a nikt nie ma wątpliwości, że centrum władzy faktycznie znajduje się na Kremlu. I chociaż znowu, władza ta jest wypadkową wielu czynników, wewnętrznych, frakcyjnych, personalnych – to Putin może powiedzieć, że jak żaden inny przywódca od czasów  Stalina, faktycznie realizuje testament  Aleksandra III  i „dzierży wsio!”. I w tym sensie faktycznie jest potężniejszy od śmiesznej marionetki nieokreślonego koloru zasiadającej w Białym Domu.

 

Konrad Rękas

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031