Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
741 postów 332 komentarze

Najważniejsze dla Polaków wybory 2015 r.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Zjednoczone Królestwo jest drugim (po Niemczech) skupiskiem Polaków na zachodzie Europy, a biorąc pod uwagę utrzymywanie związków z ojczyzną i aktywność imigrantów – być może nawet pierwszym.

 

Dlatego też wybory i głosowania w żadnym innym chyba kraju zamieszkania Polonii nie budzą tyle emocji i zainteresowania innego, niż tylko hobbystyczne. Oczywiście, w przypadku naszych rodaków najważniejszym pytaniem związanym z każdą niemal elekcją jest: czy nie trzeba będzie wracać? Dla Polski jednak tegoroczne wybory w UK (podobnie jak i zeszłoroczne, niestety nieudane referendum niepodległościowe w Szkocji) mają znaczenie jeszcze poważniejsze. Potencjalnie jeszcze większe – niż chodzenie do urn w Starym Kraju.

 

Alienacja i asymilacja – dwie drogi donikąd

 

Jako naród imigrantów nie przykładamy należytej wagi do możliwości wpływania na politykę państw-gospodarzy. To truizm, typowy dla co najmniej 200 lat naszego wychodźstwa. Niegdyś dzieliło się ono na nieasymilujące się, a więc niezainteresowane lokalną polityką, niekiedy poza kwestiami stosunku do Polski, lub przeciwnie, szybko i niemal bez śladu wtapiające się w miejscowe społeczności, bez zachowania więzi między sobą, czy związków ze Starym Krajem. Zarobkowa emigracja końcówki PRL również nie odbiegała od tej dychotomii, przy czym proporcje przesunęły się na korzyść tej drugiej postawy. Jako ciekawostkę można tylko odnotować, że przeważnie polscy (czy z czasem już post-polscy) imigranci nawet jeśli głosowali – to starali się wspierać formacje.. antyimigranckie, w rozumieniu zachodnim, a więc przeciwne muzułmańskiej rekonkwiście we Francji, zaś np. w RPA – antydesegregacjonistyczne. Z politycznego punktu widzenia nadal jednak niewiele z tego dla Polski wynikało.

 

Ostatnia dekada przyniosła zmianę ilościową – nawet przyjmując dane oficjalne, a więc ok 1,8 mln opuszczających Polskę (nie mówiąc o pojawiających się szacunkach 3-milionowych) widzimy odpływ grupy najaktywniejszej zawodowo, zainteresowanej zmianami warunków życia, która jednak zamiast zmieniać własne państwo – postanowiła zmienić miejsce zamieszkania. Pytanie, czy przeważnie nieuczestnicząc w wyborach III RP, a przeważnie także licząc na pozostanie w krajach aktualnego pobytu ludzie ci zainteresują się miejscową polityką, jako dającą nieco chociaż większe poczucie wpływu, niż zabawy partyjne w Starym Kraju?

 

Podeptane osty

 

Kwestia ta okazała się aktualna podczas referendum niepodległościowego w Szkocji. Do spisów wyborczych dopisało się wówczas 33 tys. spośród 60-80 tys. mieszkających tam Polaków. W głosowaniu wzięło udział ok. 18 tys., w przeważającej większości głosują na „NIE”. Jak na standardy polskie – to dużo, a ponadto polscy wyborcy udowodnili, że (podobnie jak w Starym Kraju...) można ich niezwykle łatwo wpuścić w maliny, a więc stanowią idealne mięso dla partii politycznych. Przed wrześniem 2014 Polakom wmówiono niemal wszystko: że od razu wyrzucą ich z Wysp, że stracą pracę, że funt szkocki przestanie być wymienialny, a Republika Szkocka natychmiast opuści UE. Słowem, wywołano panikę, która obudziła nawet tak niechętnych aktom wyborczym naszych rodaków, którzy przecież wyjechali z Polski w głębokim przekonaniu, że „wybory niczego zmienić nie mogą”. Niepodległościowcy szkoccy zdecydowanie za późno zorientowali się, że mogą i powinni oddziaływać także na wyborców przybyłych z Polski, do których mogli wszak przemówić w równie prosty sposób: podkreślając, że imigranci w Szkocji są właśnie beneficjentami istniejącego tu systemu opiekuńczego, stworzonego przez mariaż separatyzmu z socjaldemokracją; że właśnie Szkocja stanowi ostoję prounijności na Wyspach; że wreszcie pozostaje (paradoksalnie) potencjalnie najbogatszą częścią UK, a więc pragnący tam zostać – tym mocniej winni wspierać dążenia niepodległościowe gospodarzy.

 

Dlaczego tak potrzebna jest niepodległa Szkocja

 

Niestety, jak wiemy tak się jednak nie stało. Niestety także z punktu widzenia Starego Kraju. Oddzielenie Szkocji osłabiłoby wszak obóz pro-brukselski w ramach Zjednoczonego Królestwa, którego angielsko-walijska część tym łatwiej może osłabiłaby więzi z UE. Socjal-pacyfistyczna, niepodległa Szkocja byłaby też ciosem w najwierniejszego europejskiego sojusznika USA, czymś w rodzaju oderwania rufy od lądowego lotniskowca USS „Wielka Brytania”. Referendum zostało przegrane, ale w oczekiwaniu na następne separatyści nie tracą energii. SNP jest już trzecią co do wielkości partią na Wyspą, pojawiają się też pomysły innych głosowań, oględnie kończących związek z Londynem, w rodzaju detronizacji  Elżbiety II jako królowej Szkotów. Tym razem niepodległościowi stratedzy – jak przynajmniej sami twierdzą – nie tyle nie zlekceważą głosów polskich, co uchronią miejscowych Polaków przed ponownym oszustwem.

 

A sytuacja może ulec dynamizacji już za miesiąc, po wyborach do Izby Gmin. Przeprowadzone przed świętami sondaże wskazują, że konserwatyści i Partia Pracy idą łeb w łeb, przy czym jednak koalicja  Davida Camerona  i  Nicka Clegga  (wspart przez ulsterskich unionistów) może nie mieć większości. To zaś otwierałoby szansę... no właśnie, na co? Alternatywą byłby bowiem gabinet laburzystowsko-liberalny, który dla istnienia potrzebowałby głosów szkockich i walijskich separatystów. Oczywiście, system – jak wiadomo – umie się bronić i nawet w ustabilizowanej brytyjskiej demokracji parlamentarnej może zdarzyć się coś, co „obroni stabilność państwa” i ustrzeże establishment od niespodzianek. Sondaże jednak, nawet jeśli w mniejszym stopniu niż w Polsce kreują rzeczywistość, a w większym oddają pewne realnie istniejące tendencje – tym bardziej pokazują pewien świadomościowy kryzys, w pewnym stopniu dotykający brytyjską politykę.

 

Po co komu imigranci?

 

Jeśli nawet mniejsze formacje nie odniosą tak zasadniczego sukcesu w nadchodzących wyborach, zastanawiając się nad specyfiką brytyjskiej sceny politycznej, głównie z punktu widzenia tamtejszych Polaków - warto skądinąd zauważyć różnicę między tym co rozumie się przez „partia narodowa” i jaki jest kontekst polityczny funkcjonowania takich ugrupowań w Szkocji i Anglii. O ile Brytyjska Partia Narodowa w swej retoryce antyimigranckiej nie robi większych wyjątków dla Polaków, o tyle stateczna ostatnio szkocka niepodległościowa socjaldemokracja stroni od tego typu idiosynkrazji. BPN reprezentuje bowiem głównie najsilniej wykluczonych, doły, które pozostają zainteresowane rywalizowaniem o najlichszą nawet posadę z imigrantami. SNP zaś – to obecnie formacja klasy średniej i aspirującej do średniej, dla której polski imigrant jest korzystnym odciążeniem, w dodatku niesprawiającym islamskiego zagrożenia, jakie dotknęło już południe Wysp. Nadto, także w kontekście aspiracji niepodległościowych – zmieniło się nastawienie do samej imigracji. O ile kiedyś przyjmowano ją niechętnie, potem – życzliwiej, ale z nastawieniem „no dobra, zarobiłeś – i to domu!”, o tyle teraz żywotniejsze staje się oczekiwanie „trudno, to zostań i pracuj na moją emeryturę... Tylko nie wysyłaj pieniędzy do domu!”.

 

Polacy przybywając do Wielkiej Brytanii (a także innych krajów unijnych) są ofiarami wbitego nam przekonania, że albo zrobiono nam łaskę przyjmując do Wspólnot, albo też ktoś nam „płaci rachunek za Jałtę”. Ten drugi pogląd pomińmy jako z gruntu idiotyczny – pierwszy zaś falsyfikuje w oczach imigrantów obserwowana przez nich rzeczywistość. Dla coraz większej ilości uszu jak banał brzmi stwierdzenie, że Polska została przyjęta do struktur zachodnich – bo to się Zachodowi, a nie Polsce opłacało. Najpierw jako rynek zbytu (za słaby, w związku z polityką gospodarczą ekip rządzących III RP), następnie źródło upłynniania nadwyżek finansowych, a obecnie jako źródło siły roboczej – ale bynajmniej nie nad Wisłą, a właśnie w starzejących się, słabnących, usługowych gospodarkach Zachodu – po to była i jest Polska globalnym decydentom. Skoro zaś ta świadomość się upowszechnia – to z czasem może i przyjdzie wreszcie konstatacja, że  to nie my powinniśmy byli o wstąpienie, a następnie trwanie w UE zabiegać. Ponadto zaś – że trwanie Wspólnot, zwłaszcza w niezmienionym kształcie, nie ma większego związku np. z utrzymywaniem wspólnego rynku pracy i swobody poruszania. Relatywnie wciąż wysokie poparcie Polaków dla UE wynika wszak z wbitego nam przekonania „Polska w Unii = mogę jechać do roboty do UK”. Kiedy nasi zrozumieją, że te dwie kwestie nie mają ze sobą większego związku – wówczas faktycznie ich rola polityczna zagranicą może zaistnieć.

 

SNP i UKIP ważniejsze niż PiS i PO

 

Ewentualna dekompozycja utrwalonego scenariusza budowy rządu brytyjskiego, podobnie jak i ew. słabe zwycięstwo konserwatystów, w połączeniu z traktowanym deklaratywnie wynikiem UKIP mogą mieć zasadniczy wpływ na przyszłość struktur zachodnich, a co za tym idzie, pośrednio także na pozycję geopolityczną Polski.

 

Paradoksalnie, z punktu widzenia Polaków mieszkających na Wyspach – kluczowy będzie wynik SNP w Szkocji (po skonsumowaniu laburzystów mającej szansę na wypchnięcie stąd także liberalnych demokratów, a więc praktycznie sparaliżowanie układów koalicyjnych w Izbie Gmin) oraz UKIP na południu, blokującej szanse konserwatystów i wymuszającej dotrzymanie deklaracji o przeprowadzeniu referendum debrukselizacyjnego. W tym drugim przypadku paradoks polega zaś na tym, że właśnie osłabienie więzi UK z UE (nie mówiąc nawet o wyjściu ze Wspólnot) zamiast osłabić pozycję Polaków na Wyspach, tylko ją wzmocni. Oderwie bowiem kwestię ich zamieszkania i pracy od ogółu zagadnień brukselskich, a uczyni kwestią wewnętrznej polityki gospodarczej oraz co najwyżej relacji międzypaństwowych. Jeśli zaś ruszą procesy politycznego dojrzewania polskich imigrantów (no i jeśli wraz z osłabieniem UE osłabnie też potworek III RP) – to wówczas świadoma mniejszość polska będzie miała do odegrania doniosłą rolę także, a może przede wszystkim we własnym, dobrze pojmowanym interesie!

 

Konrad Rękas

KOMENTARZE

  • @
    :-)))) Swoim postem idealnie potwierdził Pan moje zapatrywania iż Polonia lub jedno paszportowi Polacy mieszkający na stale poza granicami kraju nie maja moralnego prawa uczestniczenia w wyborach do rządowych struktur
    władzy w Polsce. Nie mowie tu o odebraniu prawa głosu jednak o wstrzymaniu się od uczestniczenia na czas stałego pobytu i życia w innym kraju niż ojczysty. Chcąc uczestniczyć w politycznym życiu Polski powinien być przepis o zamieszkaniu w Ojczyźnie.
    Należy także w końcu dokładnie wyjaśnić kto to jest Polonus a kto jest
    Polakiem żyjącym okresowo poza granicami kraju w celu "zarobkowym"
    Ja jestem Polonusem i także dla tego że mam oczy szeroko otwarte wiem
    co mowie bo przejrzyście widzę patologie sytuacji!
  • Szanowny Panie Kolego!
    Pańska ocena SNP jest w mojej ocenie całkowicie błędna.

    Szkocka "niepodległosc" oznaczałaby bezposrednią podległosc Brukseli własnie ( SNP, w tym Alex Salmond wyraźnie podkreslali wolę pozostania w UE, co więcej, mamili wyborców rzekomo większymi dotacjami z Brukseli ).
    Tymczasem to własnie ZJEDNOCZONE Królestwo jest dla nas JEDYNĄ przeciwwagą dla całkowitej dominacji niemieckiej ( czy niemiecko-francuskiej ) w UE ).
    jesli Szkocja nie jest dzis w pełni niepodległym państwem, to w takim samym stopniu nie jest nim Anglia ( w odróżnieniu od Szkocji nie posiadająca nawet włąsnego, narodowego parlamentu ).

    Najpierw proponuję rozbić Niemcy na co najmiej kilkanascie niezależnych państewek, zanim zacznie Pan rozmontowywać UK w interesie tutejszych Polakow.

    pozdrawiam serdecznie
  • @MacGregor 17:40:17
    Nie zrozumieliśmy. Napisałem wszak wyraźnie - Szkocja jest w ramach UK najsilniej pro-UE, a więc opuszczenie przez nowe państwo Zjednoczonego Królestwa znacząco osłabiłoby w nim tendencje pro-unijne, co mogłoby ostatecznie doprowadzić do opuszczenia Unii przez Londyn - co w celu osłabienia Brukseli byłoby znacznie ważniejsze. Dlatego właśnie należy wspierać pro-unijną SNP.

    Dalej - zarówno Wielka Brytania, jak Niemcy i Francja, a także cała UE są bytami niesamodzielnymi, zależnymi od USA. Orientowanie polskiej polityki zagranicznej na wygrywanie marginalnych różnic między ośrodkami zależnymi to - cytując Stanisławskiego - dywagowanie "czy cham walnie lewą łapą czy prawą nogą". Właściwym i głównym problemem geopolitycznym Polski jest światowa dominacja Stanów, realizowana m.in. za pośrednictwem NATO i dopiero osłabienie tych dwóch czynników stanowiłoby dla Polski zmianę na lepsze. I znowu więc - słabsza Wielka Brytania, to słabszy Waszyngton, a więc lepiej dla Warszawy. A więc niech żyje wolny Edynburg!

    Pozdrawiam.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930