Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
705 postów 321 komentarzy

„A kultura tu podobno jest...”

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Lubelszczyzną i Lublinem rządzi wyjątkowo... niekulturalna koalicja PO-PSL.

 

 

Zarząd samorządową, lokalną kulturą przez polityków PO-PSL sprowadza się (przynajmniej na Lubelszczyźnie) do ładowania milionów na awangardową hucpę, wszelkiej maści „połykaczy ognia” albo wprost pseudoartystycznych degeneratów – i do zamarzania głodem kultury wysokiej.

 

Ożywić czy zatruć?

 

Przejęcie przez PO władzy w lubelskim Ratuszu w 2006 r. odbyło się m.in. pod hasłem „ożywienia lubelskiej kultury” - choć niemal wszystkie duże instytucje kulturalne mające swoje siedziby w stolicy województwa (włącznie z Muzeum Historii... Miasta Lublina) podporządkowane są samorządowi województwa. Hasło „ożywienia...” było więc raczej wyrazem tyleż dobrych chęci, co słabego orientowania się w nowych kompetencjach przez debiutującą ekipę. Faktycznie też, od początku wykazała się ona tyleż entuzjazmem, co słabym rozpoznaniem w lokalnych potrzebach i możliwościach kulturalno-artystycznych.

 

Stosunkowo szybko udało uzyskać się skokowy, aż 40-procentowy wzrost nakładów na kulturę, co było osobistym wkładem ówczesnego prezydenta Lublina,  Adama Wasilewskiego  w realizację programu obudzenia ospałej mieściny nad Bystrzycą. Był to też wyraźny kontrast w stosunku do polityki samorządu województwa, najpierw koalicji PO-PiS, następnie PO-PSL, które odziedziczywszy dynamicznie rozwijające się jednostki takie jak Teatr Muzyczny i Filharmonię i ambitne plany – m.in. dokończenia budowanego od lat 70-tych gmachu teatru wielkiego w Lublinie, czy ożywienia takich perełek, jak zamek w Janowcu nad Wisłą – wszystko to zniszczyły, zaniedbały i obróciły we własne parodie. Dość wspomnieć, że od 2006 r. - pod rządami PO-PiS i PO-PSL ani razu znacząco nie podniesiono dotacji dla jednostek kultury, je same wykorzystano jedynie do obsadzania stanowisk dyrektorskich z klucza partyjnego i/lub towarzyskiego, a wielką inwestycję, Teatr w Budowie – zmieniono w „Centrum Spotkania Kultur”, podrażając z zakładanych 60 do 260 milionów złotych, niszcząc walory sceniczne i akustyczne i tworząc betonowego potworka, do uprawiania „awangardy” i propagowania multikulti.

 

Narkomani i faszyści, punki, kurwy, terroryści...”

 

Pseudo-awangarda i propagowanie dewiacji szybciej jednak jeszcze stały się znakami rozpoznawczymi kultury (?) miejskiej. Obok dobrych chęci Wasilewskiego (objawiających się miejskimi festiwalami, faktycznie nieco ożywiającymi szare lubelskie ulice) – zarząd polityki kulturalnej, a zwłaszcza klucze do publicznej kasy dostały się bowiem w łapy środowiska tyleż hucpiarskiego, co pazernego – ekipy  Janusza Palikota  i jego kumpli od kompleksów, pseudo-lubelskiej bohemy, firmowanej formalnie przez ówczesnego wiceprezydenta  Włodzimierza Wysockiego, faktycznie przez miglanców od nazywania wygłupów „sztuką zaangażowaną” i brania za to milionów, w rodzaju  Janusza Opryńskiego. „Awangardziści”, spece od epatowania dewiacją i golizną, rozliczni „połykacze ognia” - opanowali tworzone dla nich bez ładu i składu kolejne stanowiska i całe instytucje powstające z budżetowych pieniędzy „w kulturze”. Innym obliczem tego ponurego procederu – stała się zaś nienaturalnie napięta, voldemortyczna gęba  Tomasza Pietrasiewicza, szefa radykalnie pro-syjonistycznego Ośrodka Brama Grodzka – Teatr NN, prawdziwej Mekki wszystkich szabesgojów, nie tylko z Lubelszczyzny. Równolegle zaś z hochsztaplerką – rozkwitła w lubelskiej kulturze nijakość i niekompetencja, uosabiana przez kolejne panienki bez właściwości, czynione z powodów raczej romantycznych, niż merytorycznych dyrektorkami a to Teatru Starego, a to Muzeum na Zamku Lubelskim.

 

Kultura zarządzana przez lubelski Ratusz jest więc dziś nażarta – ale  jednostronnie wykrzywiona w stronę patologii, partyjniactwa, marnowania pieniędzy. Inicjatywy faktycznie oddolne, zapewniające kulturalne zaplecze zaniedbanym środowiskom lokalnym w zdezindustrializowanych dzielnicach (jak Dom Kultury Kolejarza) – są przez władze miejskie tępione i likwidowane, jako przejawy nieakceptowanego przez oficjalnych liberałów woluntaryzmu.

 

Szansonistki żeby szły roznegliżowane...!

 

Nie lepiej jest jednak u marszałka. W kolejnych Zarządach Województwa nadzór nad kulturą dostawał ten, kto nie uważał, nie tylko więc  zamrożono wszelkie podwyżki dotacji, zniszczono wszelkie aspiracje i plany artystyczne i upokorzono prawdziwych ludzi kultury – ale też całą branżę narażono na pośmiewisko, oddając w pacht takim ludziom jak PO-wscy marszałkowie  Tomasz Pękalski  i  Krzysztof Grabczuk, czy wyjątkowo żałośni dyrektorzy  Krzysztof Kutarski  (w operetce) i  Agnieszka Zadura  (Muzeum Nadwiślańskie). Brak pomysłów nadrabiano wojenkami z doświadczonymi załogami poszczególnych jednostek – i psuciem tego, co zostało po poprzednikach. Najbardziej emblematyczne są chyba w tej części naszej smutnej opowieści wspomniane już losy Teatru w Budowie/CSK i mieszczących się w nim dotąd Teatru Muzycznego i Filharmonii... Zamorzono również całą resztę samorządowej kultury wysokiej w mieście i regionie, który już bezapelacyjnie zamienił się  w grajdół. Nie mylić ze Skansenem, na który zresztą też nasłano partyjną wymianę kadr w postaci PSL-owskiego funkcjonariusza  Mirosława Korbuta, który jeszcze jako jeden z marszałkowskich urzędasów pomagał firmować takie kwiatki jak dociekanie czemu w Muzeum Wsi Lubelskiej pokazuje się zwiedzającym uprawę roli metodami tradycyjnymi i żnie się sierpem i kosą, zamiast wprowadzić nawozy sztuczne i traktory. No i czemu się chałupy kryje słomą, skoro blachą byłoby mniej łatwopalnie...

 

Nawet teraz, dożywająca już chyba (wraz ze zmianami w sondażach i oczekiwaniem na zmiany w polityce ogólnopolskiej) lubelska sejmikowa koalicja PO-PSL zarząd kulturą rozumie tak jak zawsze – jak karuzelę stanowisk, która tak się kręci, aby wszystko co najgorsze pozostawało nie zmienione. Teoretycznie jeszcze zanim przeprowadzą się do starych/nowych siedzib w całkowicie zniszczonym architektonicznie gmachu Teatru w Budowie/CSK - – Teatr Muzyczny w Lublinie i Filharmonia Lubelska mogą zmienić dyrektorów – wspomnianego Kutarskiego oraz zasłużonego ludowca,  Jana Sęka. Najmniej prawdopodobna jest zmiana w dramatycznym (a zaprawdę, w tym przypadku jakże właściwe to określenie...!) Teatrze Osterwy, od lat sterowanym (zapewne przy użyciu Mocy) przez trwale nieobecnego  Krzysztofa Torończyka.

 

Dyrektor widmo

 

Torończyk to szef-kuriozum. Od nastu lat obecny w Lublinie niemal wyłącznie wirtualnie, za to potrafiący pobierać diety i delegacje za łaskawe pojawienie się w pracy. Pochodzący z teatralnej rodziny wyznania handlowego - dyrektor umie liczyć pensje, ale swojej dodatkowej fuchy w Lublinie wydaje się wstydzić na forum ogólnopolskim (na którym jest znany z kierowania Teatrem Narodowym). „Osterwa” to dla Torończyka synekura za dodatkowe parę złotych, gwarantowaną martwą ciszą w zespole artystycznym. Nie ma sukcesów – ale i nie ma awantur, a więc władzy Torończyk odpowiada. Zwłaszcza, że kolejni marszałkowie ledwie wiedzą jak pan dyrektor wygląda, z kultury zaś najbardziej lubią cyrk. Nie przeszkadza im więc ani  szmirowatość „Osterwy”, ani zmarginalizowanie Filharmonii, ani też żałosność Operetki.  Wiecznie nieobecny Torończyk to więc dyrektor-ideał, bo przecież kultura też jest całkowicie nieobecna w sferze zainteresowań włodarzy regionu już od 10 lat.

 

Kariera od serca

 

Dyrektor którego nie ma jest super, dlatego również niewidoczni, ale jednak obecni Krzysztof Kutarski z Operetki i Jan Sęk z Filharmonii - będą musieli po upływie swych 5-letniej kadencji (od czasu wejścia w życie znowelizowanej ustawy o działalności kulturalnej, w istocie bowiem obaj swymi jednostkami kierują znacznie dłużej) poddać się procedurze konkursowej, rozpoczętej właśnie przez Zarząd Województwa. Pierwszego na kierownicze stanowisko w zupełnie mu obcej kulturze wyniósł splot okoliczności, w tym fakt posiadania ojca – znanego kardiologa i słabe serca kolejnych marszałków i parlamentarzystów wiodących partii. Nie znając się kompletnie na działalności artystycznej (proponując np. niegdyś dopisywanie partii instrumentów nie występujących w oryginalnych operach „żeby tak muzycy nie siedzieli bezczynnie”) - Kutarski okazał się jednak najdłużej urzędującym dyrektorem Teatru Muzycznego od czasów legendarnego Andrzeja Chmielarczyka. Obecnie jego pozycja wydaje się niezagrożona – bo też i nikt nie chciałby chyba przejmować kierownictwa sceny operetkowej kompletnie nieliczącej się w kraju, niedofinansowanej i marginalnej nawet w miejskiej kulturze lubelskiej.

 

Świadczenie emerytalne

 

Z kolei dr Sęk był kiedyś jednym z wpływowych liderów lubelskiego PSL, wymienianym jednym tchem jako równoprawny konkurent barona tej partii,  Zdzisława Podkańskiego. Były senator wybrał jednak karierę w mediach, w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, co mimo osiągnięcia pewnych wpływów – okazało się jednak bocznym torem. Dyrektorowanie w Filharmonii zostało więc przyznane Sękowi w ramach emerytalnej synekury pocieszenia, ale kiedy na czele instytucji ludowiec zaczął sobie nadspodziewanie dobrze radzić, m.in. domagając poważnego traktowania (i finansowania) kultury wysokiej w Lublinie, czy stawiając warunki odnośnie użyteczności gmachu Teatru w Budowie – nawet partyjni koledzy Sęka zaczęli wyraźnie tracić do niego cierpliwość. Nie są tajemnicą nie najlepsze relacje dyrektora Filharmonii tak z szefem PSL w regionie  Krzysztofem Hetmanem, jak i z odpowiedzialnym za kulturę wicemarszałkiem Grabczukiem. Z drugiej strony obu nijak by było wykopywać zasłużonego działacza i wciąż wpływowego starszego pana tuż przed wyborami parlamentarnymi.

 

Obu dyrektorów czołowych teoretycznie jednostek artystycznych broni ich... faktyczna marginalność. Nikt nie chciałby kierować ani operetką, ani filharmonią, które nie mają pieniędzy, widzów, życzliwości władzy, ani pomysłu na przyszłość. Więc chociaż dla obrosłych w piórka dotychczasowych szefów sama konieczność stawania do konkursów wydaje się dyshonorem – to jednak mogą być spokojni o swe posady. W końcu na babcię klozetową też można ogłosić otwarty nabór – ale przecież tłum chętnych jakoś przez lufcik w szalecie nie wali...

 

Zmorą polskiej polityki w ogóle, jest fakt, że oczywiście wszyscy się na niej znają – ale niemal wyłącznie na poziomie abstrakcyjnych komunałów, wielkich reform podatkowych i ustrojowych, polityki zagranicznej na skalę supermocarstwa – a nikt z czynnie zajmujących się zarządzaniem i administracją nie ma cienia wiedzy, wizji i pomysłu w sprawach tak przyziemnych, jak funkcjonowanie służby zdrowia, transport publiczny, czy właśnie kultura. W niektórych przypadkach wygodnym alibi dla nieuctwa jest ideologia, w rodzaju opowieści czego to jeszcze nie należałoby zlikwidować, bo „lepiej by działało prywatne”, co jako żywo nie jest żadną akceptowalną alternatywą dla obecnej degeneracji i degrengolady. Tymczasem tak jeśli chodzi o kulturę, samorząd, finanse, jak i we wszystkich innych tego typu kwestiach – po prostu myśleć trzeba. Myśleć!

 

Konrad Rękas

KOMENTARZE

  • @ autor
    //Kultura zarządzana przez lubelski Ratusz jest więc dziś nażarta – ale jednostronnie wykrzywiona w stronę patologii, partyjniactwa, marnowania pieniędzy. Inicjatywy faktycznie oddolne, zapewniające kulturalne zaplecze zaniedbanym środowiskom lokalnym w zdezindustrializowanych dzielnicach (jak Dom Kultury Kolejarza) – są przez władze miejskie tępione i likwidowane, jako przejawy nieakceptowanego przez oficjalnych liberałów woluntaryzmu.//

    Tak to właśnie wygląda... w całej Polsce niestety, niech ich szlag !!
  • @Astra 00:02:36
    Dokladnie tak jest. Tak wygląda obecnie kultura w całej Polsce. Ja już od dawna nie chodzę np na wystawy do państwowych galerii, bo wystawia się tam różnej maści sztukę lewacką i wydaje się, że państwo i różne fundacje pełnią dla tego różnego antypolskiego dziadostwa, funkcje mecenatu. Po prostu pod plaszczykiem promowania sztuki współczesnej, utrzymuje się całą watahe różnych mętów, którzy robią Polakom wodę z mózgu. Dokładnie taka sama sytuacja jest we współczesnym kinie i teatrze. Ja juz tam nie chodzę
  • @Autor
    Serdecznie współczuję szanownemu Autorowi.
    Bo przecież szanowny Autor jest przekonany o tym, że kultura jest zbyt ważną dziedziną życia by można ją było poddać dyktatowi zwykłych ludzi poprzez prywatyzację i dlatego koniecznie musi być utrzymywana i zarządzana przez państwo - no to właśnie państwo w postaci swoich urzędników pokazało szanownemu Autorowi jak można się kulturą zajmować.
  • @programista 09:38:43
    Szczególnie zabawne jest, kiedy autor opisze jakąś postawę, a potem odnajduje ją w stanie klinicznym w komentarzu do tekstu :)
  • @chart 11:20:06
    A jeszcze zabawniejsze jest, gdy autor nie jest w stanie rozpoznać wpływu poglądów prezentowanych przez samego siebie na postawy które sam opisuje :)
  • @programista 11:42:00
    Widzi Pan, jedni wolą dyskutować o wizjach i utopiach, inni o tym co istnieje.
  • @chart 12:19:20
    Podstawą tego co istnieje są związki przyczynowo-skutkowe. Ignorowanie przyczyn zaistniałych zjawisk czyni dyskusję jałową.
  • @programista 12:54:32
    Wie Pan, ale postawienie tezy w rodzaju "wszystko powinno być prywatne, żeby działać lepiej" też dyskusji i analizy nie ożywi, tylko zamieni w sf :)
  • @chart 13:51:09
    Trzeba bowiem rozwinąć sobie tę tezę i uzupełnić o pytania "Jak działa to co jest państwowe? Jakie informacje o efektywności swojego zarządzania mają do dyspozycji urzędnicy zarządzający państwowym mieniem?"
  • @programista 09:38:43- no to właśnie państwo w postaci swoich urzędników pokazało szanownemu Autorowi jak można się kulturą zajm
    Jakie państwo. Chyba chciał szanowny Pan Powiedzieć "antypaństwo"?
  • Fałszywa alternatywa
    Tłumacząc prościej: alternatywa "zła kultura publiczna - dobra kultura prywatna" jest błędna, stanowi bowiem tylko błędnie przeniesioną kalkę takiego samego przekonania żywionego przez niektórych na temat gospodarki. Inaczej - to po prostu wyraz czysto ekonomicznego podejścia do sztuki, na zasadzie "ile zarabia Mona Lisa". Tymczasem kultura jest raczej kosztem, inwestycją cywilizacyjną. Stąd też właśnie państwo - czy w tym przypadku samorządy prowadzi swoją politykę kulturalną. Oczywiście, jak w innych przypadkach - może sobie z tym zadaniem nie radzić. Jednak w nie tworząc abstrakcyjnych modeli do zastosowania na księżycu - w przypadku pewnej części działalności kulturalno-artystycznej w Polsce alternatywa wygląda tak: "kultura publiczna do uzdrowienia - nieistnienie kultury prywatnej i samofinansującej się".

    Doktrynerzy jednak nigdy tego nie zrozumieją, tak jak przecież nie interesuje ich rzeczywistość...

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930