Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
835 postów 397 komentarzy

Memento mori

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Wiele wskazuje, że jeśli nie ostatnie – to były to jedne z ostatnich wyborów z czynnym udziałem Jarosława Kaczyńskiego oraz Janusza Korwin-Mikkego.

 

Ich kondycja, sposób artykułowania myśli, nawet stosunek do otaczającej rzeczywistości, nie tylko politycznej świadczą, że być może już za cztery lata, a może i wcześniej wyborcy uważający się za prawicowych czy centro-prawicowych staną przed dylematem jak będzie wyglądać scena polityczna III RP bez tych dwóch postaci, a zatem i bez PiS, i KORWiN-y w kształtach jakie znamy.

 

Polska minus liderzy

 

66-letni  Kaczyński  i (zwłaszcza) 73-letni  JKM  nieuchronnie skończą swe kariery w ciągu następnych lat. Dla PiS-u oznacza to zapewne rozpad i nieuchronne wojny diadochów, dla formacji post-korwinowej – nieuchronny uwiąd i zanik, podobny tym, które dotknęły środowiska rozłamowe wobec jedynie słusznej linii „Krula”. Obaj przywódcy mogą uważać się za ludzi sukcesu. Obaj stworzyli sprawnie działające przedsiębiorstwa upozorowane na partie polityczne, zapewniający im poziom dochodów, władzy i wpływów wyraźnie zaspokajający ich aspiracje i ambicje. Rządy w państwie, czy wejście do Sejmu to naprawdę tylko dodatki do racjonalnie zaplanowanych karier i to raczej kłopotliwe – stąd dla Kaczyńskiego sukces wyborczy może okazać się początkiem politycznej śmierci, podczas gdy Korwinowi nieosiągnięcie progu wręcz pomogło, zwalniając już na zawsze chyba z konieczności zderzenia wyznawanej ideologii z realiami prawno-gospodarczymi Polski i świata.

 

Względne podobieństwo sytuacji PiS i KORWiN-y w kontekście nieuchronnego przecież z czasem zejścia ich przywódców – każą nie tylko zwolennikom tych ugrupowań zastanowić się co będzie dalej. Obie partie kierowane są jednoosobowo i nie istnieją bez osobowości swych liderów. Ich typ przywództwa wyklucza nie tylko kolegialność, ale także trwałą i czytelną linię następstwa. Wszyscy wierzący w strategiczne talenty czy wręcz wizjonerstwo Kaczyńskiego czy JKM muszą chyba przyznać – że nawet jeśli istnieją, to są one obliczone wyjątkowo krótki dystans jak na czasową skalę uzyskiwania celów politycznych. Mówiąc prościej – obaj panowie mają wyraźnie w nosie co się stanie z ich organizacjami i z całą Polską po ich zgonach.

 

Bez następców

 

Polska nowożytna polityka obarczona jest grzechem wodzostwa, niekiedy zresztą wyjątkowo operetkowego. Kolejni kandydaci na mężów opatrznościowych ojczyzny głęboko wierzą, że najlepszym dowodem na ich patriotyzm jest życzenie Rzeczypospolitej właśnie ich rządów, bo przecież właśnie oni wiedzą najlepiej co jest dla Polski dobre. Ojciec chrzestny takiego podejścia do państwa,  Piłsudski, przynajmniej jednak próbował zostawić krajowi jakichś swych następców, inna rzecz, że dobrał ich fatalnie. Z podobnych przykładów zagranicznych – następstwo było też iście monarszą obsesją  de Gaulle'a  czy  Franco. Tymczasem, przy całej różnicy formatów – oczywistej dla ludzi rozsądnych, lecz przecież nie dla fanów czy samych zainteresowanych, wierzących w swą wielkość – ani Kaczyński, ani JKM nie mają następców, a ich partie i konstrukcje polityczne nie przetrwają zgonów swych twórców.

 

Oczywiście, medycyna czyni dziś cuda, gdy chory chce żyć to nawet lekarze są bezsilni, a w sytuacji krytycznej – zawsze przecież można skorzystać z sukcesów wiodącej dziś na świecie gerontologii kubańskiej. Nikt jednak nie jest wieczny i przy okazji zadusznych refleksji już dziś warto zastanowić się jaka będzie polska scena polityczna osierocona przez dwóch prezesów dominujących na prawo od centrum od 25 lat.

 

Rozpad kwestią czasu

 

Siłą napędową PiS pozostają wprawdzie obietnice rozbudowanego solidaryzmu społecznego – ale jednak rdzeniem partii jest przekonanie jej żelaznego elektoratu, że Kaczyńskiemu należy się jakieś zadośćuczynienie za tragiczną śmierć brata. Emocją tą obdarzany jest jednak tylko sam prezes i można wątpić czy przeniosłaby się ona na całe ugrupowanie. Przeciwnie. Po śmierci Kaczyńskiego – będziemy mieli raczej PiS Dudy, PiS  Szydło, PiS  Macierewicza, PiS  Kamińskiego i jeszcze pewnie parę innych PiS-ów na dodatek. A nawet jeśli przez jakiś czas utrzymana zostanie wymuszona jedność – to raczej nie będzie jej funkcjonalnie. Nie będzie też w zasadzie żadnego sensu, by partia taka jak PiS w ogóle dalej istniała, poza faktem, że ktoś przecież akurat ten kawałek sceny politycznej zajmować powinien.

 

W przeciwieństwie do PiS-u KORWiN teoretycznie bazuje na jednorodnej, utopijnej ideologii, która dla prostszego przekazu została wykastrowana ze wszelkich elementów praktycznych, czy szans na realne wdrożenie w rzeczywistości III RP czy dającej się przewidzieć przeszłości. A jednak wizja ta od razu więdnie i traci na atrakcyjności w oderwaniu od swego proroka – o czym świadczą losy UPR, czy KNP. Antycharyzmę  Przemysława Wiplera (obok kilku innych jego znanych cech) również trudno uznać za gwarancję przetrwania formacji konserwatywno-liberalnej w Polsce.

 

Pożyjemy, poczekamy...

 

Generalnie spostrzeżenie, że i PiS, i KORWiN nie przeżyją swych twórców nie należy do szczególnie oryginalnych. Rzuca to jednak dodatkowe światło na intencje samych, śmiertelnych wszak przywódców. Kaczyński może wierzyć, że jestem najlepszym wodzem Polski, a może tylko prowadzi działalność polityczną, żeby dostawać dotacje i przepierać pieniądze z licznych spółek, na których uwłaszczył swe środowisko jeszcze w latach 90-tych. JKM może szczerze wierzyć w libertariańską utopię – a może tylko opowiadać te bajki, żeby sprzedawać swoje książki. W istocie jednak obaj mają chyba w nosie Polskę – skoro nie zajmują się jej losami po ich śmierci? Może więc obaj są tylko dziadkami mającymi wprawdzie swoje pomysły i koncepcje – ale obojętnymi wobec szans ich praktycznego wdrożenia?

 

Skoro tak egoistycznie krótkowzroczni są sami liderzy – trudno dłuższej perspektywy czasowej, czy planowania oczekiwać od aktywu, nie mówiąc o wyborcach. Nawet zresztą świadomi tego stanu rzeczy w obecnej sytuacji decydują się raczej na przeczekanie. Również i w ich sytuacji nie ma jednak podstaw, by zakładać, że obecne „zabetonowanie sceny politycznej”, już przecież mocno zakwestionowane wynikami ostatnich wyborów – faktycznie miało potrwać aż 25 lat. Nawet bowiem kubańscy lekarze o ćwierć wieku nie przedłużą czasu efektywnej pracy organizacyjno-umysłowej czy to JKM, czy Kaczyńskiego. Czas faktycznej, bo pokoleniowej zmiany w polskiej polityce jest zatem bliższy, niż się dziś pesymistom wydaje. Czy będzie to zmiana na lepsze – to oczywiście inna kwestia, zależna w jakimś stopniu także od innych, nawet znaczenie mniejszych uczestników życia publicznego. O ile rzecz jasna nie dadzą się zaskoczyć oczywistościami cyklu życia – o którym warto pamiętać zwłaszcza przy okazji Zaduszek.

 

Konrad Rękas

KOMENTARZE

  • ZA 25 LAT ZNOWU SIĘ SPOTKAMY PRZY POMNIKU DMOWSKIEGO
    Jak będzie? A tak:
    Konrad Rękas będzie miał 65 lat i będzie hamletyzował po rękasowsku, Zawisza będzie miał 71 lat i będzie wspominał Ojca Krąpca. Opusdeiowcy będą się knuli i ciągnęli kasę od kolejnych pokoleń ubeków i masonów.
    Sławomir Witaszek będzie miał 60-tkę i będzie przywoził pięknie upieczonego świniaka najnowszym modelem toyoty hilux, a może to będzie toyota prius na wodę i energię sloneczną.
    Damian Bieńko będzie miał 45 lat i pokaże polityczny pazur.
    I stać na Placu Na Rozdrożu będzie replika Krzyża z Giewontu.
  • Autor
    Podoba mi się przypomnienie i podkreślenie, że w polityce najważniejsze są zmiany pokoleniowe. Poza tym rozważania, jak zwykle, ciekawe, świeże i zgrabnie napisane. Zawsze fajnie się Pana czyta, a jak wpisu długo nie ma to się ckni. 5* Pozdrawiam przyjaźnie. BJ

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31