Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
718 postów 323 komentarze

O kulturę narodową, a nie jej brak

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

„Afera Teatru Polskiego” przyniosła m.in. wysyp krytyki głoszonej z pozycji całkowitej separacji państwa od kultury, w imię absolutnego wolnego rynku.

 

 

Stałe społeczeństwo w zmiennym państwie

 

„Jeśli rząd ma prawo dawać pieniądze na teatry i inne działania kulturalne, to rząd ma prawo tych pieniędzy nie dawać. Po prostu - rząd i państwo nie powinno zajmować się edukacją moich dzieci, moją emeryturą, telewizją i kulturą. Bo państwo - poprzez zmiany władz - jest zwyczajnie niestabilne poglądowo i niewiarygodne. Nie możemy ufać w decyzje państwa, bo w każdej chwili mogą się one zmienić” - napisał na przykład (skądinąd sympatyczny)  Igor Downar-Zapolski. Paradoks polega na tym, że kiedyś to państwo i jego utrwalona tradycją polityka kulturalna były elementem stałym, zagrożonym przez indywidualne eksperymenty. Współcześnie zaś faktycznie doszliśmy poniekąd do sytuacji odwrotnej: groszem publicznym wspiera się dewiacje, a ludzi domagających się klasyki odsyła, by sami ją sobie zorganizowali i finansowali. Niestety, trochę podobnie wygląda też sytuacja choćby w oświacie, skłaniając nastawionych krytycznie do mainstreamu, by zamiast odwojowywać państwo – ustawiali się w całkowitej kontrze do niego.

 

Czy jednak apatrydzka postawa, godna białych supremacjonistów, czy innych apokaliptycznych grupek w Stanach – jest już jedynym rozwiązaniem i faktycznie nie ma innego wyjścia niż wiara w społeczeństwo zorganizowane w zamkniętych kręgach, opartych o wspólnotę wartości wbrew coraz potężniejszemu (także dzięki takiemu eskapizmowi) państwo? Mimo wszystko wydaje się, że  nie jest jeszcze tak źle, by dobrowolnie godzić się na omnipotencję władzy państwowej. Z drugiej zaś –  nie jest tak dobrze, by wierzyć, że można Lewiatana ignorować całkowicie i że da się stworzyć alternatywny świat, w którym przynajmniej uświadomione jednostki będą wyłącznie korzystać z odpowiadającej im formy edukacji, wychowania czy życia kulturalnego. Droga ta bowiem, jeśli nawet – mogłaby być dostępna tylko dla nielicznych, a zatem i zwolennicy państwa maksimum i jego skrajni przeciwnicy de facto spotkaliby się w punkcie, w którym zgodziliby się, że  żadnego społeczeństwa nie ma, bo jest ono niepotrzebne. I to dopiero byłby kres cywilizacji jaką znamy.

 

Naród trwa w kulturze i edukacji

 

Przypadkowe interakcje desocjalizowanych jednostek nie są bowiem żadną poważną alternatywą ani dla realizowanej obecnie wizji rządów oligarchiczno-eiltarnych, ani dla dychających jeszcze resztek społeczeństwa – narodu, rozumianych solidarystycznie, jako ciągłość pokoleń o wspólnej, mimo wszystkich różnic świadomości. Otóż właśnie  tej ciągłości nie da się utrzymać bez spójnej linii wychowania, edukacji i kultury, które nie mogą ograniczać się do wąskich grupek, choć z pewnością ich odbiór jest różny w poszczególnych środowiskach.  Polityka kulturalna jest inwestycją właśnie w istnienie narodu jako zbiorowości – albo mechanizmem jego stopniowego unicestwiania. Wiara, że można funkcjonować całkowicie bez stymulowanej przez władze czy dominujące grupy kultury i sztuki – jest więc przeważnie tylko nieświadomym elementem tego drugiego procesu.

 

Tyle teorii. Praktyka jest zaś jeszcze prostsza. Anarcholiberalne myślenie (?) zakłada całkowitą absencję państwa (czy w ogóle, władzy publicznej – także samorządowej, czyli wspólnotowej już z samego założenia) z dziedziny kultury i sztuki. Wynika to po pierwsze z założenia doktrynalnego –że nie wolno zabierać ludziom z kieszeni na żadne cele wspólne, że jak ktoś zechce coś utrzymać – to sam za to zapłaci, a jak się nie utrzymuje – to widać jest zbędne, że wreszcie w wydrenowanej z rodzimych kapitałów Polsce pojawią się w cudowny sposób prywatni sponsorzy, którzy wszystko to w równie cudowny sposób utrzymają. A pojawią się, rzecz jasna, w wyniku błyskawicznej realizacji liberalnej wizji ekonomicznej, która obecny prekariat (wyznający te doktrynę) automatycznie zamieni w milionerów. Drugi powód oporu przeciw kulturze finansowej ze środków publicznych – jest objawowy. Kolejne próby, takie jak wrocławska, przemycania jako sztuki hucpy czy pornografii kuszą pozorną łatwością rozwiązania. „Zabrać wszystkie pieniądze, to nie będą mieli za co tak się bawić!” - uważają niektórzy. Sęk w tym, że pomysł ten nadal ignoruje istniejącą nierównowagę. A więc w obecnych realiach to pornografowie, gorszyciele i szargacze wartości religijnych i narodowych łatwiej uzyskają wsparcie także prywatne – niż ci, którzy chcieliby tych wartości bronić.

 

Nie socjalizm, a schamienie

 

I dowodzą tego właśnie przykłady podnoszone chętnie przez środowiska, które (skądinąd słusznie) protestowały m.in. przeciw „Śmierci i dziewczynie”, czy wcześniej np. „Pokłosiu”. Oto miłe sercom tych kręgów filmy, jak choćby „Historia Roja”, czy produkcja o katastrofie smoleńskiej – od lat są na etapie zbierania funduszy, a mityczne patriotyczne kapitały nie są w stanie doprowadzić tych inicjatyw do końca, podczas gdy samograj państwowego finansowania kinematografii, stworzony jeszcze za rządów SLD – wypluwa kolejne „dzieła” bez żadnej zadyszki i opóźnień. Niestety, postulat „zabierzmy wszystkim!”, zamiast „dajmy swoim!” jest naiwną głupotą i bynajmniej,  nie okrzyczany „socjalizm polityki kulturalnej” jest dziś największym zagrożeniem dla Polski i Polaków, ale właśnie nihilizm, postępująca atomizacja narodu, jego schamienie i ogłupienie.  A zjawiskom tym nie da się przeciwstawić przez wzniosłą, a doktrynalną kapitulację z obowiązków wychowawczych państwa.

 

Jak to się robi w Ameryce

 

Wreszcie kolejna kwestia praktyczna – świadomościowa właśnie. Jak wiadomo ostatnim argumentem ignorantów jest powołanie się na przykład Ameryki. Na półce z kwiatkami takimi jak paroosobowa rada miejska Nowego Jorku, czy brak dotacji do amerykańskiego rolnictwa – znajduje się też niewzruszone przekonanie, że USA to kraj liberalnej szczęśliwości, w którym nie ma instytucji kultury utrzymywanych z podatków, ani nie funkcjonuje państwowa polityka kulturalna. W przekonaniu tym wyznawców nie wzruszyły nawet dostępne nawet w polskich mediach informacje np. o problemach pracowników amerykańskiej budżetówki – w tym jednostek kultury w okresie walki prezydent-Kongres o budżet właśnie (na tle reform ubezpieczeniowych  Obamy). Skoro jacyś pracownicy kultury nie dostawali pensji z kasy państwa – tzn. że normalnie są z niej finansowani, prawda? Ale cóż, żeby jakaś wiedza słuchającemu nie wypadła drugim uchem – musiałaby się mieć na czym w pustej mózgownicy zatrzymać...

 

Ale nie poprzestawajmy na poszlakach. W końcu w dzisiejszych czasach za przewodnika służy koniec palca, którym można stuknąć w klawisze czy w ekran. Czy naprawdę wymaga tak dużego wysiłku odnalezienie informacji na państwowej – stanowej i federalnej polityki kulturalnej Stanów Zjednoczonych? Np. o – skądinąd kontrowersyjnej – działalności federalnej National Endowment for the Arts (NEA) z rocznym budżetem wynoszącym tylko w 2015 r. 146,2 mln dolarów czy siostrzanej National Endowment for the Humanities dysponującą 167,5 mln dolarów m.in. na badania z zakresu filzofii, historii, literatury, religii i prawoznawstwa. Muzealnictwo wspiera Institute of Museum and Library Services (227,8 mln dolarów rocznie), a także prowadzona przez NEA Federal Council on the Arts and the Humanities oraz zatwierdzony jeszcze w 1975 r. przez Kongres The Arts and Artifacts Indemnity. Łatwo też znaleźć informacje o The National Assembly of State Arts Agencies, która wprawdzie sama działa jako organizacja non-profitowa, ale skupiająca jak najbardziej państwowe (stanowe i lokalne) Agencje Artystyczne również zajmujące się redystrybucją środków publicznych na działalność kulturalną i dysponujące łącznie środkami o przeszło 70 proc. większymi od federalnych? W ziemi obiecanej liberałów to co publiczne przenika się z tym co prywatne. Corporation for Public Broadcasting, wspierająca rozwój mediów zwłaszcza lokalnych – została powołana przez Kongres i rząd federalny w ramach programu Wielkiego Społeczeństwa Lyndona Johnsona. Teoretycznie jest prywatna – ale z radą dyrektorów powoływaną przez prezydenta za zgodą Senatu, z kandydatów wyłącznie dwóch wielkich partii. Instytut Smithsoniański również jest jak najbardziej prywatny – tyle że skupia muzea państwowe, powoływane decyzjami parlamentu o kluczowym znaczeniu dla dziedzictwa narodowego., w radzie ma wiceprezydenta i przedstawicieli Kongresu – no i dostaje przeszło 800 mln dolarów dotacji budżetowej. National Gallery of Art dostaje ok. 130 mln dolarów dotacji. Pieniądze dzielą też i rozdają mniejsze agencje, fundusze i programy rządowe oraz stanowe i lokalne.

 

Wg danych NEA za rok 2012 – 44,9 proc. środków na realizację projektów artystycznych i funkcjonowanie instytucji kultury pochodzi z dotacji (władz federalnych stanowych i lokalnych, a także donatorów prywatnych i osób prawnych), natomiast reszta to dochody uzyskiwane z działalności. Kultura amerykańska bynajmniej nie utrzymuje się więc sama i nie zarabia – a jest sponsorowana, jak wszędzie na świecie.

 

Nie stać nas na liberalny sen

 

Oczywiście, doktrynerów nic nie przekona, że nigdy nie jest się dość bogatym, by rezygnować z inwestowania w kulturę. Przykład amerykański, jeśli nawet do kogoś dotrze – posłużyłby więc zapewne raczej jako dowód na zdobywanie przez socjalizm nawet dawnego błogosławionego Dzikiego Zachodu (stanowiącego pewnie dla niektórych wzór polityki kulturalnej). Fakty są jednak okrutne –  nawet w ojczyźnie przedsiębiorczości pokazywanie sztuk czy obrazów nie jest działalnością dochodową. I nie ma co łudzić się, że w biednej Polsce kulturę utrzymają ci, których dziś nie stać często na bilet do kina, za to marzą, że kiedyś będą łożyć na podobające się im ideologicznie, a może nawet i dobre filmy.

 

Polski nie stać, żeby zrobić sobie przerwę w utrzymywaniu muzeów, bibliotek, teatrów, aż w końcu ziści się liberalny sen i ludzie staną się tak bogaci bez państwa i wbrew państwu – że sami sfinansują te instytucje. Nawet bowiem gdyby stał się cud i utopia się zrealizowała – do tego czasu fala chamstwa i prymitywizmu (także sączących się z mediów i siedlisk anty-kultury obecnie utrzymywanych przez władze) zaczadziłaby ludzi za bardzo, żeby jeszcze potrzebowali kultury wysokiej i pamiętali do czego jest potrzebna. Cud jednak nie nastąpi, programy polityczne, społeczne i ekonomiczne powinny trzymać się realiów - dlatego zamiast odlatywać w sfery gdzie kultury nie finansuje się w ogóle powinny raczej skupiać się na ustalaniu i promowaniu treści i wartości godnych i odpowiednich do przekazywania, a w sferze realizacji – na wybieraniu takich władz, które będą umiały także dobrać właściwych ludzi do prowadzenia działalności kulturalnej i artystycznej. Mówiąc prościej – do wylewania na zbity pysk pornografów, beztalenci i hucpiarzy, a promowania mających coś ciekawego do przedstawienia w ramach naszej sprawdzonej cywilizacji i kultury. Tylko tyle i aż tyle. I jeśli jest to socjalizm – to przynajmniej narodowy.

 

Konrad Rękas

 

 

 

KOMENTARZE

  • Autor
    Tak pisać! Z szacunkiem. 5* BJ
  • Brakuje dziś w filmie i teatrze problematyki społecznej
    Uniemożliwia się Polakom dyskusję nad aktualnymi problemami dręczącymi społeczeństwo. Nie dziwi to, bo dziś kultura zarezerwowana jest dla bogatych kosmopolitycznych lub dorobkiewiczowskich elit. Dla gawiedzi są tokszoły i magiczne egzorcyzmy. Tak jak Morgenstern w 1972 r. zapoczątkował nurt krytyczny nazwany później kinem moralnego niepokoju, tak dziś należy wywierać moralną presję na ludzi kultury i sztuki - Polaków którzy powinni stanąć na czele propolskiego ruchu tego środowiska. Skoro tacy ludzie jak B. Linda nazywają Łódź miastem meneli, to może zrobią oni film o tym dlaczego do tego doszło, i kto na tym zarobił?
  • @ chart
    +5
    Tylko że wszystkie instytucje tzw. kultury w Polsce i innych krajach są w rękach autentycznych syjonistów. Proszę sprawdzić! Rządy tych państw "dobierają właściwych ludzi do prowadzenia działalności kulturalnej i artystycznej" za pomocą donacji "środków publicznych na działalność kulturalną". Innymi słowami, "niewłaściwie wybrany" dyrektor teatru lub opery żadnej donacji nie dostanie, i jego teatr "upada".
    Tak na przykład, Muzeum Historii Żydów w Warszawie nigdy nie upadnie, pomimo, że ilość odwiedzających jest bardzo znikoma ale budżet jest znacznie podbudowany za pomocą tzw. "grup zorganizownych" opłacanych przez .. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego co powoduje, że uczniowie szkół MUSZĄ zaliczyć wycieczkę do tego Muzeum za darmo. Dla porównania, Muzeum Historii Polaków w Chicago musi utrzymać się z imprez organizowanych samodzielnie, gdyż właścicielem tego Muzeum jest .. Unia Rzymsko-Katolicka. To samo dzieje się w teatrach. Donacje otrzymują tylko te ośrodki, które prezentują sztukę żydowskich autorów, holokaust, lub wyłuzdaną pornografię (najlepiej w stylu Freud'a). Dla innych ... ani grosza!
    Moim zdaniem instytucje typu "Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego", lub "Edukacji" powinne być zlikwidowane!
  • @Autor
    Gdy człowiek uważa innych ludzi za "chamów" i 'prymitywów" to wtedy oczywistym się staje, dlaczego jest zwolennikiem "spójnej linii wychowania, edukacji i kultury", "stymulowanej przez władzę" oczywiście siłą - bo władza żadnego innego środka do stymulowania nie posiada. Taki człowiek uważa się w porównaniu z tymi "chamami" po prostu za geniusza. Dlatego też gdy dochodzi do kwestii ekonomicznych, do inwestycji, do wydatków, to taki człowiek jest pewien, że powinien sam zadecydować za tych wszystkich "chamów", które inwestycje będą najbardziej dochodowe. Jest pewien, że "chamy" na pewno nie są w stanie znaleźć żadnej innej, bardziej opłacalnej alternatywy niż jego decyzja.
    Dokładnie tak samo uważali ludzie należący do władz PZPR w czasach PRL-u i tak samo decydowali za całe społeczeństwo jak ma się ono gospodarzyć, jak ma ono inwestować. Efektem tego była ogromna produkcja stali i żelaza, przy brakach podstawowych towarów konsumpcyjnych.
    Zrozumienie błędu popełnianego poprzez lekceważenie innych ludzi i uzurpowanie sobie prawa do sterowania nimi siłą, jest bardzo trudne bo droga ta mami i kusi, tak jak to pokazał Adam Mickiewicz w Wielkiej Improwizacji Konrada.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930