Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
719 postów 323 komentarze

Nie mają odwagi Lenina

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Czy awanturka o niedoszłe podwyżki decydentów to początek schyłku PiS-u, jak już ogłaszają niektórzy, pokaz nadmiernej (jak się okazało) pewności siebie, czy też demonstracja zasadniczej słabości partii rządzącej?

 

 

Nie dziadujmy

 

Oczywiście, od strony merytorycznej samemu pomysłowi podniesienia uposażeń dla najważniejszych osób w państwie nie powinno się na poważnie wiele zarzucać. W końcu regulacji w tym zakresie faktycznie od dawna nie było, nie ma też podstaw, by np. pensję premiera zestawiać akurat z wynagrodzeniem początkującej ekspedientki, a nie np. prezesa dużej korporacji. Czysto technicznie zaś –  jest miarą zepsucia państwa demokracji przedstawicielskiej fakt, że rządzenie nim odbywa się pod dyktando prymitywizujących każdą kwestię tabloidów i robiących zagadnienie z byle czego całodobowych telewizji informacyjnych. Nie, zasadniczy problem polega na czymś zupełnie innym.

 

Choć wielu nie oparło się pokusie i skorzystało z łatwej okazji, by podemagogić i podjudzić, że „nie dość, że kradną, to jeszcze sobie podwyżki dają!” to prawda jest taka, że ostatecznie nie ma co dziadować. Nie chodzi jednak wcale o to, że posłowie i ministrowie (a także radni czy burmistrzowie) zarabiają za dużo, tylko przede wszystkim, że  za wielu mamy w Polsce urzędników. Podobnie zresztą chroń nas lepiej Boże przed mendzeniem, że "politycy nic nie robią" - bo  modlić się trzeba, żeby lenistwo ich nie opuszczało. Polska jest przeregulowana legislacyjnie i m.in. to właśnie daje alibi utrzymywaniu armii biurokratów niby to służących do interpretowania nadmiaru wiążących nas przepisów. Niech więc sobie zarabiają, tylko niech ich będzie mniej - i niech jak najrzadziej zawracają nam głowę...

 

Po drugie zaś – tak naprawdę  to nie politycy zarabiają za dużo, tylko zwykli, uczciwie pracujący ludzie – za mało.  Istotna jest właśnie ta dysproporcja, a nie liczby bezwzględne, wcale w projekcie PiS jakoś nie imponujące. Nb. fakt, że poseł zarabia tylokrotnie więcej, niż powiedzmy prowincjonalna nauczycielka, czy urzędnik niskiego szczebla – stanowi podstawę klienckiej organizacji partii politycznych III RP. Po prosto zostanie posłem, czy nawet radnym (nie mówiąc o wójcie, burmistrzu, prezydencie miasta czy – ho ho! - ministrze) to dla określonej kategorii ludzi tak niebotyczna kariera, tak niewyobrażalne pieniądze – że zrobią wszystko, by nie wylecieć z list wyborczych, nie zasłużyć na skrzywienie ust swoich Prezesów. Słowem – sprzedają się i to relatywnie dość tanio.

 

Pozorna pewność siebie

 

Ewentualne podwyżki ucieszyłyby więc ten krąg kompradorstwa III RP – ale też konieczność wycofania się z nich jakoś przesadnie nie zmartwiła już liczących dodatkową kaskę, bo chociaż fajnie byłoby mieć jej więcej – to przecież liczy się też stałość dopływu. Forsując podwyżkę w okresie utrzymywania się nieodmiennie wysokiego poparcia sondażowego PiS postąpiło zresztą logicznie, uznając widocznie początkowo, że bez trudu przetrwa medialne zamieszanie, a ludzie z czasem zapomną. Na podobnej zasadzie wszak w samorządach na początku kadencji kupuje się rytualnie nowe samochody – żeby do kolejnych wyborów się ludziom opatrzyły. O dziwo jednak, mając przecież chyba świadomość wszystkich tych uwarunkowań – PiS nagle podało tyły. Powtórzyła się więc sytuacja znana z dziwnej historii jeszcze dziwniejszego podatku od hipermarketów, który – jak pamiętamy – pojawił się jako całkiem niegłupi choć spóźniony pomysł z kampanii wyborczej, potem płynnie przeszedł w zupełnie idiotyczne i szkodliwe dodatkowe obciążenia dla niemal całego handlu – a ostatecznie przepadł całkowicie, porzucony przez dłubiących w nim nieudolnie rządowo-partyjnych macherów.

 

Po raz drugi więc okazało się, że tak niby butne i pewne siebie PiS – w istocie cofa się i zmienia zdanie czy to w kwestiach programowych, czy partykularnych – i to przy byle i raczej standardowym nacisku! Coś zastanawiającego dzieje się zatem z legendarnie żelazną do niedawna wolą  Jarosława Kaczyńskiego, który nie dość, że cofa się przed czym tak nieistotnym dotąd czynnikiem, jak tzw. „opinia publiczna”, to jeszcze pozwala dodatkowo pogrążać się idiotycznym tłumaczeniem, że sam już nie wiedział nad czym głosuje...  Czy to już kryzys starczy, czy po prostu coraz mocniej eksponuje się zasadnicza słabość systemowej centroprawicy i jej wiekowego przywódcy?

 

PiS chce do „elyty”

 

Spójrzmy o to na kolejną kwestię, przed przecięciem której „dawny” Kaczyński z pewnością by się nie zawahał. Podniesienie sprawy podwyżek właśnie teraz wskazywałoby, że PiS odpuściło sobie pomysł przedterminowych wyborów sejmikowych, o którym tak głośno było jeszcze jesienią i zimą. Skąd bierze się ta nietypowa nagle wstrzemięźliwość w braniu władzy? Jak pamiętamy, to towarzysz  Lenin  mając brzytwę w ręku mógł jak wiadomo upierdliwego bachora ubić, a tylko jobów nawkładał, co dowodziło jego niezwykłej miłości do dzieci. PiS ma wszystkie dane, by realnie odsunąć konkurencję (?) od żłobu, już nawet nie zamykając co większych złodziei, tylko po prostu rozpędzając sejmiki i odpędzając PO i PSL od tak lubianej przez jednych kasy „unijnej”, a drugich od stołków. Prezes III RP tego jednak nie czyni.

 

Czy nie pozwala mu na to non possumus Zachodu, na granicy „baw się chłopcze z elektoratem o ten wasz TK, ale nie przegnij”, czy też działa raczej autoblokada? Wiele wskazuje, że raczej to drugie – czyli  odwieczne marzenie centroprawicy w Polsce, żeby wreszcie zostać wpuszczonym do prawdziwego establishmentu, w którego jądrze przez dwie i pół dekady pławili się następcy KORo-Solidarnościo-UWolstwa, ludowcy i post-komuniści, rzucając tej części post-Solidarności, która miała kanalizować niezadowolenie mas jedynie pewne ochłapki, w rodzaju „Telegrafu”. Wszystkie te PC, ZChN-y, AWS-y zawsze było wyjątkowo łagodne dla poprzedników nie tylko dlatego, że przecież nie byli oni żadnymi prawdziwymi wrogami, tylko Adasiami, Józkami, Leszkami z którymi waliło się gaz i robiło interesy. Nie, decydowało także marzenie, że kiedy tamci przyjdą, to też nie dobiją do końca i dadzą trochę dorobić nawet w opozycji.

 

Inna rzecz, że przeważnie takie marzenie okazywało się płonne, i tacy np. PSL-owcy PiS-owców i ich poprzedników czyścili zawsze do gruntu, bo przecież nawet etaty można mnożyć tylko do określonego poziomu... Jeśli więc PiS darowuje kawał sukna zwanego Polską „zielonym” i platformersom licząc na wzajemność kiedy już samo w niesławie odda władzę – to może się srodze przeliczyć. Zwłaszcza, że obustronne emocje w fikcyjnym, ale bardzo gorącym przecież „sporze” PR-owym w Polsce niejako wymuszają, by kogoś w końcu postrzelić. Choćby z kapiszonowca...

 

Wykorzystać zagubienie władzy

 

Nie,  PiS wyraźnie pogubiło się zarówno w kwestii rządzenia krajem  – jak i nawet bieżącego nim zarządzania. To już nawet nie problem „pustych szuflad”, w których brak pomysłów na konkretne, poprawiające państwo ustawy – to już upychanie na powrót projektów ewidentnie nieprzemyślanych co do skutków, zgłaszanych na chybił-trafił i „jakoś to będzie”. Akurat w obecnym stanie rzeczy choćby wspomniane  przedterminowe wybory sejmikowe byłyby i tak lepsze, niż trwanie marnotrawczych, skorumpowanych o upasionych na „zewnętrznych funduszach” lokalnych elit PO-PSL  – i lepsze też od rozwalenia samorządności w Polsce w ogóle, co ponoć też PiS rozważa jako alternatywę. Zamiast bowiem hazardować się zmienną życzliwością elektoratu – wystarczyłoby wszak odebrać kompetencje sejmikom i oddać je mianowanym przez rząd (czyli Prezesa) wojewodom, co zresztą może i zyskałoby aprobatę tej części społeczeństwa, która i tak nie rozumie obecnego systemu i tęskni za istnieniem jednego ośrodka władzy, z którym dawałoby się załatwić wszystkie prośby i skargi, a przynajmniej któremu dałoby się wyżalić.

 

Sęk jednak nie w tym, że samorządy działają jakość szczególnie dobrze (bo nie działają), ani że pomysł ograniczenia szczebli władzy (a więc pośrednio, a niechcący części biurokracji) to głupota (bo w sumie prawie każda zmiana byłaby lepsza). Chodzi o to, że wszystko są lub miałyby być projekty służące jedynie dalszemu trwaniu rządzącego Polską establishmentu i kontynuowaniu jego niszczycielskiej działalności. Komu bowiem realnie zależy na obaleniu okupacyjnego systemu III RP – powinien nie uciekać w fałszywy pryncypializm, tylko wykorzystywać nawet te mikre narzędzia, jakie są dostępne tu i teraz. To prawda, że np. posłów mamy w Polsce za dużo, ale jeśli teraz będzie ich mniej – to tylko utrudni to środowiskom prawdziwie niezależnym dostanie się do Sejmu. To prawda, że powiaty są całkowicie zbędne, a utrzymywanie osobnych wielkich urzędów dla marszałków i wojewodów to marnowanie pieniędzy – ale póki nie uda się sięgnąć po władzę wyzwalającą kraj samorządy mogą stanowić pierwsze, niewielkie przyczółki do wyprowadzenia ofensywy przeciw patologiom III RP. Tylko tyle i aż tyle, przykładów takich mogłoby być więcej, a skoro – jak widzimy – obecna władza popełnia błędy i nie umie (na szczęście...) ani pokonać własnych słabości, ani (niestety...) naprawić Polski – nie dajmy się pozbawić instrumentów, które byłyby jeszcze do wykorzystania i nie traćmy nadziei, że któryś kolejny błąd rządzących okaże się w końcu ich pomyłką ostatnią.

 

Konrad Rękas

 

 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930