Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
727 postów 324 komentarze

Stringi rolne

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

"Reformy to są rolne!" - akompaniował kiedyś do striptizu Zenon Laskowik.

 

Prof.  Adam Wielomski wśród szeregu zagadnień szczególnie go ostatnio nurtujących – wysuwa m.in. kwestię reformy rolnej, jej ekonomicznego, społecznego i historycznego uzasadnienia, a także dalekosiężnych implikacji, nawet o charakterze geopolitycznym.

 

Cywilni księża”

 

Zarówno obrońcy, jak i (chyba nawet liczniejsi, a w każdym razie głośniejsi) przeciwnicy tez Kolegi Profesora dokonują ich ideologicznego rozbioru przy czym, co zdaje się było też intencją Autora – przenoszą spór na czasy współczesne, sprowadzając go do poszukiwania odpowiedzi na pytanie: czy można być reakcjonistą, kiedy nie ma czego reaktywować oraz czy zachowywanie kolejno każdego następnego etapu rozwoju społeczno-ekonomicznego – to rzeczywiście konserwatyzm, czy tylko klasowa/środowiskowa inercja i interesowność?

 

Adama wyraźnie irytują dzisiejsi „rozparcelowani hrabiowie”, choć z ręką na sercu – są oni przecież raczej zabawni. Do takich jak polemiści Profesora – wołał kiedyś szyderczo już sam  Mateusz Bigda: „Kto pan w ogóle jesteś? Jakiś „inteligent”, pół ze wsi, pół z miasta... Bo jeśli nawet z miasta, to każdy z was mocno udaje, że własną wioską śmierdzi! Własną wioską, co jej już dawno nie ma... pan jesteś ni tu, ni ówdzie, ni ziemia, ni fabryka. Pan jesteś cywilny ksiądz bez stuły i bez kropidła!”. I trzeba przyznać, że nikt tego stanu psycho-emocjonalnego od czasów  Kaden-Bandrowskiego  chyba nie ujął (no chyba, że Wielomski właśnie...).

 

Jaki kapitał?

 

Historycznie reforma rolna, w jakiejkolwiek by się nie zdarzyła formie – była z jednej strony socjal-ekonomiczną koniecznością Międzywojnia. Szczególnie dotkliwą wobec rosnącej pauperyzacji wsi, ponoszącej nie tylko wszystkie niemal ciężary kryzysu – ale i główne koszty prób wydobycia się z niego (i od zarówno w dobie  Grabskiego, jak i pod rządami sanacji). Uzależniona od zagranicznych kredytów, z jednej strony niby to „klasyczna” (czyli monetarystyczna) na polu polityki walutowej, z drugiej przeregulowana i zarządzana bardzo chaotycznie gospodarka II RP generowała przede wszystkim niewyobrażalną dziś biedę wiejską, zwłaszcza na terenach wschodnich. Nie miała też bądź nie umiała wykorzystać nielicznych posiadanych instrumentów rozwoju, w tym zwłaszcza potencjału demograficznego. Jak słusznie zauważa na marginesie swych rozważań prof. Wielomski – nie czyniono właściwie starań na rzecz akumulacji kapitałów krajowych, tam zaś, gdzie występowały, czyli zwłaszcza na Śląsku – traktowano je nieufnie czy wręcz wrogo, jako element obcy, co pod rządami naprawiackiego wojewody  Michała Grażyńskiego  doprowadziło do absurdalnej wojny ekonomicznej z miejscowymi, było nie było przedsiębiorcami, których próbowano zastępować wprawdzie patriotycznym, ale nieudolnym zarządem przymusowym. (nawiasem mówiąc – zdecydowanie odmienne stanowisko w tej sprawie zajmowało śląskie środowisko narodowe, skupione wokół  Korfantego, którego nikt – poza sanacyjnymi neofitami o pro-niemieckość nie mógł chyba posądzać). Z kolei w rolnictwie i gospodarce okołorolnej specyficzne warunki występowały np. w Wielkopolsce, gdzie będące tradycyjnym motorem nowoczesnych metod gospodarowania ziemiaństwo było uzupełniane znaczącą warstwą średnio-rolnego chłopstwa, którego tworzeniu sprzyjała (co trafnie zauważył kol.  Ronald Lasecki) pruska droga reform włościańskich. Inaczej zaś było na Kresach, gdzie folwarki i klucze w rękach Żubrów były nie tylko promieniującymi ośrodkami polskości, ale często i jedynymi ogniskami cywilizacji technicznej. Państwowa akcja kolonizacyjna i repolonizacyjna na tych terenach dawała tylko ograniczone efekty i już w latach 30-tych bardzo wyraźny był regres polskości, tak na polu wychowawczym, jak i socjal-ekonomicznym, co m.in. zauważył i boleśnie dla całej II RP opisał podczas swojej podróży do województw południowo-wschodnich generał  Józef Haller.

 

Sytuacja różniła się więc w istotnych detalach w różnych częściach kraju, jednak głównym katalizatorem problemów takich jak głód ziemi, postępujące rozdrobnienie (a więc i spadek produktywności) gospodarstw rolnych, nacisk emigracyjny czy podatność na radykalne hasła polityczne – był przede wszystkim czynnik etniczny. Krótko mówiąc – wskutek błędów (czy mówiąc łagodniej – konkretnych wyborów) kolejnych rządów II RP nie była w stanie sama udźwignąć ciężaru rozbudowanej polityki inwestycyjnej (wyciągane dziś z upodobaniem mapy zaplanowanych autostrad czy ekscytowanie się niedoszłymi osiągnięciami potrójnej piati-letki  Kwiatkowskiego są tylko wyrazem typowo polskiego marzycielstwa, że „hoho, już za chwileczkę góry byśmy przenosili – ale wrogowie jak zwykle nie dozwolili!”). Adamowy akumulacji kapitałów krajowych w wyniku reformy rolnej za odszkodowaniem grzeszy może nadmiernie optymistycznym automatyzmem, nadal grzesząc zbyt wysoką oceną ekonomicznego i obywatelskiego wyrobienia ówczesnej klasy ziemiańskiej. Jak bywało naprawdę – opowiadał mi potomek jednego z takich rodów ziemiańskich, wraz z bratem i gronem przyjaciół skierowany na jedynie odpowiednie w tym środowisku studia agronomiczne.  Aleksander Bocheński, bo o nim mowa ani szczególnej woli rozwoju, ani chęci inwestowania w ziemianach Międzywojnia nie dostrzegał. Przeciwnie – bliższe prawdzie było obserwacje Kadena, opisującego lamenty hrabiego  Lachowskiego, uskarżającego się na to, że jego oficjaliści będą „siedzieć w ogrzewanych biurach i rozbijać automobilami” - czyli prowadzić działalność, o której on sam nie miał przecież pojęcia, podczas gdy to on i tylko – Właściciel i Dziedzic wszystkiego był predestynowany do bezwysiłkowego konsumowania natychmiastowych profitów. I tak też bywało – obok ziemian – znakomitych gospodarzy, wchodzących śmiało także do sektora przemysłowego – masa była zarządców typu ekstensywnego, dążących wyłącznie np. do zniesienia ograniczeń związanych z istnieniem historycznych ordynacji i stopniowego wyzbywania się, przejadania majątków. Przede wszystkim jednak państwo nie rozwiązało problemu, który bezdyskusyjnie zależał tylko od woli politycznej. II RP nie pozbyła się ze swego terytorium wyraźnego nadmiaru ludności żydowskiej.

 

Trzy problemy rozwiązane za nas

 

To banalne spostrzeżenie jest jednak jedną z odpowiedzi na pytanie o prawdziwe przyczyny klęski II RP – i względnego, czasowego, ale jednak sukcesu PRL. Oczywiście, można się spierać o to, czy Żydów faktycznie było w Polsce „za dużo”, na ile szczelny był ich oligopol w handlu, rzemiośle i drobnej wytwórczości – podobnie jak i można twierdzić, że w sumie w sprzyjających warunkach z półmorgowego „gospodarstwa” jakoś dawało się wyżyć. Historia jednak sfalsyfikowała te poglądy – bo w istocie II RP od początku miała w sobie geny upadku, nie tylko geopolityczne (sprowadzające się do fałszywego przekonania o trwałości rzekomego „ładu wersalskiego” i wynikającego z niego polskiego obowiązku obrony tegoż), ale właśnie wewnętrzne – tak etniczne, jak socjal-ekonomiczne. I wszystkie one skumulowały się w latach 1939-45.

 

Problem żydowski rozwiązał za Polaków  Hitler  (nie, nie jest to pochwała „holocaustu”, tyko proste stwierdzenie faktu). Pozostałe kwestie etniczne – mniejszościowe rozstrzygnął najpierw Stalin przesuwając nasze granice, a potem marszałek  Rola-Żymierski i gen.  Mossor  skutecznie przeprowadzając operację „Wisła”. Jak jednak poradzono sobie z kwestią społeczną?

 

Fakty są brutalne. Wszyscy ci „przedwojenni inteligenci”, tęskniący za zachowaniem (przeniesieniem do III RP) dziedzictwa sanacji – powinni dziękować Armii Czerwonej, że zdążyła wejść zanim dotknięci 20-(a na wsi nawet 40-)procentowym analfabetyzmem i upodlającą skrajną nędzą chłopi i robotnicy zrobili użytek z pozyskanej w realiach okupacyjnych broni. Rabacja byłaby przy tym majówką. A tak - jest się do czegoś odwoływać, zwalając wszystko na „komunę i sowiety”. Jak się okazało - to właśnie przedwojenna inteligencja okazała się ówczesnymi „lemingami” – wychowała bowiem swe następne pokolenie na samobójców, walczących w „Burzy”, powstaniu warszawskim itp. Jeśli więc jakaś klasa/grupa/środowisko* - sama, w istocie nie zmuszana przez nikogo, postanawia się unicestwić – to widać nie była potrzebna, ni zdolna do dalszej egzystencji. Nie ma więc za kim/za czym tęsknić.

 

Ostatecznie nowej rabacji zatem nie było między innymi dlatego, że „weszły Ruskie”, a w ojczyźnie są rachunki krzywd itd. Nb. Rosjanie zarówno podczas wojny domowej, jak i DWS zachowywali się tak samo - tzn. najpierw wyrzucali obcych. My tego zrobić nie byliśmy w stanie, więc zakonserwował się u nas układ nieco patologiczny, tzn. reformę rolną, ale także np. industrializację, i deanalfabetyzację dostaliśmy poniekąd z cudzych rąk, zatem były one "skażone" z punktu widzenia samozwańczych dziedziców "przedwojennej inteligencji". Oczywiście, jak to w Polsce – co mogło pójść źle – to poszło, więc i sam przebieg reformy rolnej (podobnie jak i nacjonalizacji) był znacznie gorszy niż mógł. Dekrety i litera prawa były od razu i z założenia łamane, zaś ostateczna efektywność uzyskanych w ten sposób gospodarstw (zwłaszcza na Ścianie Wschodniej) oraz państwowych zakładów była mniejsza przede wszystkim od ogromnych potrzeb kraju. Nie mnie stworzone zostały podstawy dalszego rozwoju – i awansu społecznego nie to, że nie znane, tyle że nie osiągnięte przez II RP, pomimo ostrzeżeń  Baryki.

 

W trakcie, a zwłaszcza u schyłku DWS nie było w Polsce siły politycznej, która negowałaby konieczność przeprowadzenia reform społecznych, rozwiązania sprawy żydowskiej i pozostałych kwestii mniejszościowych. Oczywiście, proponowane rozwiązania różniły się (w tym ostatnim temacie tak bardzo, że aż zwolenników „strategicznego sojuszu z Ukrainą” sami Ukraińcy rozrywali końmi) – nie mniej z samą diagnozą kryzysu nie było większych problemów. I trzeba było upływu 70 lat, by m.in. dzieci chłopów folwarcznych i bezrolnej szlachty zaściankowej nagle rzucały się bronić rozwiązań społeczno-ekonomicznych martwych już w chwili upadku II RP. I to dopiero czyni cały temat – niczym w tytule – groteskowym.

 

Konrad Rękas

 

 

KOMENTARZE

  • Na reformie rolnej uwłaszczyli się Polacy kosztem innych Polaków
    Na reformie balcerowiczowskiej i jego następców uwłaszczyły się różnej maści watahy antypolskie i "międzynarodowy kapitał". Najbardziej dziwi, że środowisko inteligencji ludowej nie potrafi dziś zaprezentować takiego stanowiska jak prof. Wielomski czy K. Rękas. Może dla takich pseudoludowców warto wrócić do dziewietnastowiecznego terminu "ludność wieśniacza".

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031