Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
718 postów 323 komentarze

Casus Żuk

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Lubelski platformowy prezydent, Krzysztof Żuk rażąco naruszył zapisy ustawy antykorupcyjnej.

 

Zasiadał w Radzie Nadzorczej spółki PZU Życie S.A. także w okresie, gdy nie była ona jeszcze „spółką-wnuczką” Skarbu Państwa, tzn. gdy kapitał publiczny nie stanowił jeszcze 50 proc. udziałów w PZU S.A., do którego PZU Życie S.A. należy. Cała sprawa nie była wprawdzie tajemnicą,  Żuk  w poczuciu bezkarności swych dodatkowych dochodów nie ukrywał (w 2014 r. 114.332,95 zł oraz 146.463,71 w 2015r.), jednak dopiero zmiana władzy pozwoliła CBA na dopełnienie obowiązków, stwierdzenie naruszenia prawa i wystąpienie do Rady Miasta Lublin o wygaszenie mandatu prezydenta. Ten zaś, zgodnie z zasadą, że „polityk w Polsce nigdy nie podaje się do dymisji!” krzyknął, że go biją i zarządził obronę swojej funkcji.

 

Prezydent pod murem

 

Urzędującego od 2006 r. polityka ma kto bronić, wytworzył on bowiem wokół siebie  typowy dla Polski samorządowej dwór złożony z radnych zatrudnionych jednocześnie w spółkach komunalnych (grupka takich, głównie renegatów z PiS  - ma nawet własną „formację” pro-prezydencką, klub „Wspólny Lublin”, znany nie tylko z zupełnego serwilizmu wobec prezydenta, ale także z cudownego gromadzenia ogromnych środków na kampanie wyborcze i równie magicznego uzyskiwania wyjątkowych cen na nośniki reklamowe itp.). Żuk jest też faktycznie liderem Platformy Obywatelskiej w regionie, sterując całkowicie bezwolnym pod tym względem (no i pozbawionym stanowisk do rozdawania...) ex-ministrem  Włodzimierzem Karpińskim, formalnie piastującym się na funkcji przewodniczącego partii. Jednocześnie jednak prezydent stara się sprawiać  wrażenie „bezpartyjnego fachowca”  - bo taka kreacja najlepiej się przecież sprzedaje wyborcom, nie tylko w Lublinie.

 

Na portalach społecznościowych, a także na łamach hojnie opłacanych ratuszowymi ogłoszeniami (i funduszami tzw. „unijnymi” przyznawanymi wydawcom, czy nawet samym dziennikarzom przez zaprzyjaźnionych z prezydentem kolejnych marszałków) lokalnych mediów rozpoczęto kampanię pod fatalnie PR-owo dobranym hasłem „Murem za Żukiem” (bo przecież jeśli się chce kogoś osłonić, to chyba trzeba stanąć murem przed nim, a nie za nim? Radni Lublina z PO i WL okazali się więc freudowsko po raz kolejny „nacją stworzona do uciekania” i tylko chowania się za plecami sponsora i promotora...). Urzędnicy, funkcjonariusze partyjni, inni beneficjenci ratuszowego układu lubelskiego (organizacje pseudo-gospodarcze, „kultura” oparta o połykaczy ognia i inną „awangardę” - slowem grupy odziedziczone w spadku po promotorze kariery Żuka, Januszu Palikocie), a także zawsze chętne do pikietowania kręgi około KOD-owskie ogłosiły mobilizację „w obronie naszego prezydenta”. Nota bene właśnie manifestacja „Murali”, skrzyknięta przy okazji zwołanej pospiesznie dla odrzucenia wniosku CBA sesji Rady Miasta - dodatkowo uwypukliła  hipokryzję władz Lublina.  „Pikieta ze względu na czas i miejsce stwarza zagrożenie dla ładu i porządku publicznego oraz niebezpieczeństwo dla ruchu kołowego i pieszego. W konsekwencji może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach. Plac Łokietka to ścisłe centrum miasta, zlokalizowany jest w bezpośrednim sąsiedztwie ruchliwej ulicy, co w połączeniu z godzinami popołudniowego szczytu szczególnie naraża go na utrudnienia i realne zagrożenia” - tak przed kilku laty Żuk uzasadniał zakaz organizacji jednej z pikiet (antyaborcyjnej...) przez budynkiem Ratusza. Urząd Miasta zapowiadał, że w ogóle manifestacje zostaną przegonione z placu Łokietka „bo to nie miejsce na demonstrowanie”. I proszę zgadnąć, gdzie Żuk kazał zebrać się swoim zwolennikom?

 

W poniedziałek, 14. listopada podczas wiecu na placu Łokietka i w trakcie całkowicie niemal pozbawionej wątków merytorycznych debaty na forum Rady –  byliśmy świadkami rozpoczęcia przez obywatela K. Żuka kampanii wyborczej przed przyspieszonymi wyborami prezydenckimi w Lublinie w 2017 rok.

 

I tak całą opowieść można by już było przenieść na typową dla III RP płaszczyznę rozgrywek personalno-partyjnych (bo i tak jest przeważnie w ten sposób odbierana przez konsekwentnie ogłupianych w demokracji wyborców), gdyby nie fakt, że casus Żuk jest dość emblematyczny dla istotnych dla systemu politycznego w Polsce postaw politycznych i społecznych.

 

Oczywiste naruszenie prawa

 

Przypadek Żuka przypomina zatem nieco zapomnianą już dziś wpadkę HGW  u zarania jej prezydentury - ze spóźnionym oświadczeniem majątkowym ujawniającym działalność gospodarczą męża pani prezydent Warszawy. Kiedy okazało się, że popełniła penalizowany przez ustawodawcę błąd (?) niemal wszyscy (włącznie z TK) nagle podnieśli krzyk, że przecież utrata uzyskanego w demokratycznych wyborach mandatu byłaby zbyt surową karą za przewinienie. Tylko czemu nikt tego nie podnosił, kiedy prawo takie stanowiono? Jakakolwiek forma sugerowania, że któreś z obficie i chętnie przyjmowanych rozwiązań „antykorupcyjnych” jest głupie czy nieskuteczne - jest w Polsce zakrzykiwana jako „nadmierna tolerancja dla złodziejstwa”.

 

Żuk naruszył ustawę antykorupcyjna w sposób tak jawny i oczywisty, że żadna "opinia prawna" i żadna demonstracja tego nie przesłonią.  Czy jest to wystarczająca przesłanka dla wygaszenia jego mandatu? A to trzeba się było zastanawiać, kiedy takie regulacje uchwalano. Teraz to niepodjęcie przez Radę Miasta Lublin stosownej uchwały, czy niewydanie odpowiedniego zarządzenia zastępczego przez wojewodę - będą tylko dalszymi przypadkami naruszenia prawa. I żaden organ tego już więcej nie musi stwierdzać, co bredzą będący na utrzymaniu Żuka radni WL i PO - bo sytuacja jest zero-jedynkowa i naruszenie wynika z samej litery ustawy antykorupcyjnej, niewymagając dalszych interpretacji.

 

W Polsce jednak, nawet w kręgach pracowników mediów, a co dopiero „zwykłych” wyborców nader łatwo jest wyrobić zaciemniające obraz przekonanie, że „Sprawa jest skomplikowana...”, „Mogą być różne interpretacje...”, a zwłaszcza „To jakiś ekspert/organ powinien orzec...!”. Jak bowiem powszechnie wiadomo – choć krynicą mądrości jest szwagier przy świątecznym stole, pani poznana w kolejce do kasy i anonimowy internauta – to jednocześnie osobnik z pieczątką jest automatycznie mądrzejszy od tego bez stempla, a zdrowy rozsądek i zwykłe myślenia są wyłączane, kiedy sprawa dotyczy prawa (legislacji i stosowania), czy polityki.  Przeciętny polski wyborca po prostu nie chce czytać (zwłaszcza ustaw czy decyzji) i z góry zakłada, że nic nie zrozumie.  Tzn niektórzy tak zakładający mają poniekąd rację, a ponadto oczywiście winę ponosi też metajęzyk używany w tych dziedzinach. Mimo wszystko jednak nawet oba te czynniki nie powinny zwalniać od generalnej i możliwie powszechnej zasady, że nade wszystko należy myśleć. Myśleć!

 

Co istotne, takie jest też nastawienie większości społeczeństwa do polityki. Wchodzi taki do komisji wyborczej i od razu radośnie ogłasza, że po przeszło ćwierć wieku nadal nie wie jak oddać ważny głos. Bo nawet nie próbuje pomyśleć... Podobnie z góry zakłada taki, że w każdym piśmie, każdej ustawie działa jakąś odrębna od codziennej logika. Co akcydentalnie bywa prawdą, nie mniej jednak nie zwalnia przecież od choćby próby zrozumienia o co twórcy danego dokumentu (czy kreatorom wydarzeń politycznych) naprawdę chodziło!

 

Tęsknota za Gospodarzem

 

Casus Żuk dowodzi jednak nie tylko zdeterminowanej bezmyślności znacznej części społeczeństwa. Pokazuje także, że w dużej mierze składają się nań  ludzie, którzy... chcą kochać władzę. Tak jak oczywiście znamy tych zawsze niezadowolonych - tak są też power-loverzy. To m.in. dlatego każdorazowy nowy premier ma (przynajmniej na początku...) tak rekordowe poparcie. Po prostu: ludzie chcą być rządzeni! Oczywiście wydaje im się, że stawiają wymagania, to znaczy, że rządzić ma nimi klient odpowiednio profesjonalny, pozbawiony wątpliwości, trochę zmęczony, ale łagodnie i głównie pobłażliwą koniecznością wyjaśniania oczywistości decyzji, które podjął bo przecież inne nie mogły być podjęte. I nawet nie trzeba takim być, wystarczy, że cię  nie widzą innym. Resztę sobie sami wyobrażą.  Nie tyle bowiem przecież w ogóle lubimy ludzi dla ich zalet, co tym, których lubimy przydajemy przymiotów uznawanych za pozytywne. Jest to także wyrobionego w Polakach przekonania, że właściwie nie ma różnych programów politycznych, tylko można robić Dobrze albo źle i wcale. Wiec wystarczy Robić i już jest Dobrze. Osławione już „dobrze, że w ogóle coś robią!”, „aby gorzej nie było!”, „najłatwiej to krytykować!” pozostają niewzruszonymi osłonami polskiego lenistwa i niewolniczej duszy naszego narodu.

 

Wracając zaś do tytułowego casusu – to tak jak faktem jest oczywiste i rażące naruszenie prawa przez Krzysztofa Żuka, tak i nie ma wątpliwości, że  tak złego prezydenta jeszcze Lublin nie miał.  Mimo przebijającego z osobowości szefa miasta skrajnego zadufania oraz wywołanego długotrwałą bezkarnością otępienia – Żuk jak dotąd radził sobie przynajmniej z jakim takim robieniem dobrego wrażenia, zwłaszcza na co słabiej zorientowanych i bardziej bezmyślnych. W konkretach jednak nikt z poprzednich prezydentów (ani  Paweł Bryłowski  z Unii Wolności, włażący w każdy zbędny detal i wyrabiający sobie opinię gospodarza Lublina przez osobiste zbieranie papierków na zupełnie zbędnym urbanistycznie lubelskim deptaku, ani Andrzej Pruszkowski  z PiS, który bieżące rządzenie miastem zostawiał wielogłowej hydrze dyrektorskiej) nie był tak szkodliwy dla rozwoju największego ośrodka wschodniej Polski. Żadnej z poprzedników j nie wywoływał takiego chaosu w planowaniu i realizowaniu inwestycji, nie zmieniał tak bez przerwy decyzji, harmonogramów, nie marnował takich ilości faktycznie sporych pieniędzy, które przypływają obecnie przez budżet Lublina – jednak przecież w zasadzie bez zasługi konkretnej osoby na stołku. Gdyby nie opisana wyżej tęsknota za Gospodarzem – Żuk po prostu biorący pensję za (nie najlepsze...) wykonywanie przypisanych mu jak psu buda obowiązków -  byłby tylko tym, kim jest: bezbarwnym biurokratą średniego szczebla, nie zaś Ojcem Wszystkich Lublinian, na jakiego kreują go podwładni. Niestety, człowiek tego typu – w dodatku histeryczny, źle znoszący polemikę czy krytykę, przeżywający ewidentną andropauzę (także na tle relacji męsko-damskich) – nawet w samej administracji jest dramatem. Gdyby jeszcze latał sobie jako jakiś poseł czy inne pozbawione znaczenia badziewie służące do robienia wrażenia – szkodliwość byłaby mniejsza. Jednak na samodzielnym stanowisku decyzyjnym, z całym bagażem finansowego i partyjnego układu – Żuk jest dramatem Lublina, zaś jego histeryczna obrona – pozostaje tragifarsą. I nawet fakt, że odwołać go chcą akurat PiS z CBA na dodatek - nie jest wystarczającym argumentem, by stawać murem za szkodnikiem.

 

Konrad Rękas

KOMENTARZE

  • Autor
    W Lublinie to chyba się Pana w ratuszu trochę boją? 5* Pozdrawiam BJ
  • Żukabratem Palikota i bliźniaków co ukradli księżyc w rotariańskim kulcie Życińskiego
    Kult abp Życińskiego łączy nawet Tuska i Kiomorowskiego z potentatem lubelskiej judeopsycholicznej kulturury Pietrasiewiczem i jego synem, który rozgromił Krzyż Polski Walczącej potężnym penisem ludzkim na transparencie wniesionym na manifestację KODu
    http://telewidz.neon24.pl/post/129516,popisy-w-obronie-demokracji-przed-inwepisrsjami-

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930