Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
719 postów 323 komentarze

Chiński syndrom

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Czy rzeczywiście Polacy powinni popierać "dobrą zmianę" Trumpa?

 

Zachwycający się domniemanym zwrotem geopolitycznym Stanów Zjednoczonych pod antychińskim sztandarem wzniesionym przez  Donalda Trumpa  - zachowują się trochę jak ci polscy przedwojenni politycy, których cieszyło, że najpierw padło na Czechosłowację, a nie na II RP.

 

Oczywiście, podobnie jak przed 1939 r. - każdy zysk na czasie jest zyskiem wymiernym, a Polska powinna konsekwentnie za swój priorytet uznawać odsuwanie od siebie niebezpieczeństwa wojennego tak w czasie, jak i w przestrzeni. Jednocześnie jednak zadowolenie, że (na początek handlowa) wojna wybuchnie zapewne między USA a Chinami, nie zaś między Ameryką a Rosją - pomija co najmniej dwa istotne elementy.

 

Żółte niebezpieczeństwo

 

Po pierwsze – że  władze III RP na ochotnika zgłoszą się do dowolnej wojenki zarządzonej przez Waszyngton.  Przecież ani w Afganistanie, ani w Iraku – walki nie toczyły się i nie toczą z jakże przyrodzonym wspólnym wrogiem Polski i Ameryki, czyli Rosją, a jednak wojska polskie karnie były tam wysyłane! I to z całym źledziejstwem inwentarza – kosztami, stratami w ludziach, reorganizacją Sił Zbrojnych RP, kosztowną i służącą wyłącznie wojnom kolonialnym (oraz zewnętrznym koncernom) polityką zbrojeniową, psuciem resztek pseudo-doktryny „obronnej” państwa, pozwalającej na sianie naszymi żołnierzami gdzie bądź się hegemonowi zamarzyło. Cóż więc niby przeszkodzi amerykańskim klientom zarządzającym nad Wisłą w odkryciu, że Witkacy był wieszczem i słusznie ostrzegał przed chińskim niebezpieczeństwem?

 

W tym właśnie kontekście należy chyba widzieć objawienie  Antoniego Macierewicza uznającego Jedwabny Szlak za „zagrożenie dla Polski”. I jest to tym bardziej znaczące, że ta ogłoszona „szokującą” i „niespodziewaną” wypowiedź ma przeszło rok, co pokazuje, że neo-konscy mocodawcy obecnych władz III RP znakomicie przecież rozumieli – i nadal rozumieją, że  najważniejszym problemem dla USA jest współdziałanie chińsko-rosyjskie. Zwłaszcza, gdyby perspektywicznie zostało ono uzupełnione jeśli nie całkowitym wyzwoleniem Europy, to przynajmniej zdywersyfikowaniem jej interesów gospodarczych w ramach „mostu kontynentalnego”, „nowego Jedwabnego Szlaku” czy któregokolwiek z analogicznych projektów. Czy elita amerykańska stara się rozbić kooperację państw zainteresowanych budową multipolarnego ładu światowego poprzez zimną czy gorącą wojnę z Rosją, czy przez konstruowanie sojuszu antychińskiego – tak czy siak wychodzi bowiem na to samo.  Cel jest jeden – utrzymanie globalnej hegemonii Waszyngtonu, dolara i reprezentowanych przez nie interesów finansowych.

 

I to jest właśnie druga i kluczowa płaszczyzna rozumienia domniemanych zmian w polityce amerykańskiej. Wbrew nieuzasadnionym marzeniom niektórych, nie ma żadnych symptomów, że mamy do czynienia z neo-izalocjonizmem czy wejściem Stanów Zjednoczonych na drogę polityki „narodowej” w miejsce imperialnej. Jedyne, co zapewne zaobserwujemy – to co najwyżej zniuansowanie, czy przetasowanie na liście metod służących temu samemu, hegemonicznemu celowi. I z tego, czysto partykularno polskiego punktu widzenia dalszorzędne znaczenie ma czy przy neutralności chińskiej zaprowadzono by dyktat zachodni w Rosji – czy neutralizując Rosję osłabiono by konkurencję Chin. Bo  w świecie zorganizowanym geopolitycznie tak jak obecnie – miejsca na Polskę po prostu nie ma.

 

Błąd sierpniowy

 

Znowu więc – Polacy powinni patrzeć raczej nie na to, co dzieje się w dalekiej waszyngtońskiej metropolii, ale jakie decyzje zapadną w Moskwie. Odsunięcie bezpośredniego niebezpieczeństwa zawsze wydaje się kuszącą opcją, odpowiada też bieżącym interesom rosyjskich elit – i, co najważniejsze mentalności rosyjskiego przywódcy.  Włodzimierz Putin  to przecież odrzucony zapadnik, czy raczej zapadnik z konieczności nawrócony na bardzo nieśmiały i niepewny euroazjatyzm. Przede wszystkim jednak to polityk szczerze zainteresowany, by wszystkie ewentualne kłopoty spotkały ojczyznę już po zakończeniu jego kadencji, a ponadto z natury  Kutuzow raczej niż  Suworow, zwolennik defensywy i przeczekiwania zagrożeń. Przeniesienie ich na inny podmiot, w dodatku obecnie wyraźnie korzystający na zwarciu rosyjsko-amerykańskim i nie spieszący się z okazywaniem Moskwie jakieś szczególnej solidarności – wydaje się więc i dla Kremla okazją nie do pogardzenia. Już od czasu kryzysu kubańskiego Moskwa cofa się wszak przed bezpośrednią konfrontacją z Zachodem, proponując w zamian rachunek potencjalnych obustronnych strat.

 

W tej sytuacji jednak liczyć się powinien również długofalowy interes strategiczny. O ile bowiem można sobie wyobrazić samotny opór Chin w ramach wojny finansowej z USA, a nawet zadanie Wall Street pewnych strat, o tyle Rosja sama ze światem zachodnim może walczyć bodaj tylko militarnie, a i to licząc raczej na sprzeciw opinii publicznej i społeczeństw wroga przed eskalacją strat. Ani Pekinu, ani Moskwy nie stać więc per saldo na to, by dać się wybrać pojedynczo, niczym ryby z saka, jakby powiedział Pan  Zagłoba. Ponadto zaś Władymir Putin musi pamiętać o losie  Mikołaja II, który też dał się Anglosasom przekonać do „odprężenia” i resetu po „Wielkiej Grze”. Przed przeszło stu laty Rosja również dała się wpuścić w konflikt z państwem, które mimo obszarów rywalizacji – było w istocie naturalnym sojusznikiem i uzupełnieniem interesów rosyjskich, sprowadzających się do przełamania hegemonii ówczesnego światowego imperium. I wiadomo jak to się skończyło i dla Rosji, i dla cara, i dla całego globu (nawet przy przejściowym i raczej niepowtarzalnym polskim zysku).

 

Jasne też, że tradycyjne kunktatorstwo Putina znowu, jak nie raz w przeszłości – może mu się opłacić. Chiny, jak wspomniano, choć rozpoznawały przecież te same, geopolityczne, wielobiegunowe zależności – również nie przesadzały z podpieraniem polityki rosyjskiej. Bezpośrednie zagrożenie amerykańskie tak czy owak zmieni także relacje Pekin-Moskwa i układ sił między obiema stolicami, ale przecież niekoniecznie akurat w kierunku pożądanym i suflowanym przez Waszyngton. W tym i kto wie czy nie głównie w tym zakresie polityka  Donalda Trumpa może się faktycznie i ostatecznie przydać nie tylko Rosji, ale i wszystkim liczącym na choćby minimalne poluzowanie krat w amerykańskiej klatce. Sama w sobie jednak żadnej pozytywnej zmiany dla Polski nie niesie. Nadal pozostajemy dla amerykańskiego Rzymu zadupiem zadup, czyli współczesną Judeą – i to taką, w której każdy niedoszły  Bar Kochba  marzy tylko o zostaniu namiestnikiem... A nadzieja – jeśli w ogóle – przyjść może bodaj tylko ze Wschodu, już to najbliższego, już najdalszego – a najlepiej z obu łącznie. Zwłaszcza, że rodzimych mędrców ciągle jakoś brak.

 

Konrad Rękas

 

 

KOMENTARZE

  • USA Chiny
    Zatem polityka Trumpa to w pierwszym rzędzie odcięcie się od cycka Chin.
    Może to być dosyć bolesne dla amerykańskiej gospodarki , bolesne bo mocno uszczupli dochody amerykańskich dystrybutorów, podniesie i to znacznie ceny detaliczne w amerykańskich sieciach handlowych (towar produkowany albo w kraju albo importowany z Chin za sprawą pośredników z Meksyku czy z Kanady).
    Wojna handlowa z Chinami to także możliwość chińskiego kontruderzenia w dolara.
    Potem mogą już być tylko wojny proxy i false flagi, blokady morskie, sankcje, tworzenia bloku antychińskiego i resety po kolejnych wyborach w USA
    Ameryka wdepnęła w Chiny za czasów Nixsona i Regana , a dziś gdy Chiny stały się kolosem gospodarczym dwa razy większym od USA (towar Made in China z amerykańskich fabryk na terenie Chin liczony jest jako dochód w PKB Ameryki, ale faktycznie wytwarzają go chińscy robotnicy i inżynierowie) trudno sobie wyobrazić by Trump wojnę gospodarczą z Chinami wygrał.
    Przegra i Amerykanie odczują to na własnej skórze.
    Czy z wojną czy bez wojny to Azja stanie się pępkiem świata
  • Rzeczowa analiza...
    ... ciekawe kiedy (czy w ogóle:) tzw. klasa polityczna wespnie nie na taki poziom analizy? Niestety zapatrzenie się w "przyjaciela" daleko i kreowania wroga blisko wygląda na chorobę chroniczną. Model Stanisława Michalkiewicza nieco nadmiernie upraszcza sprawę ale taka już rola modelu. Niestety "decydenci/jurgieltnicy" ślepi i głusi nie rozróżniają dalekowzroczności politycznej od optycznej niezborności nadwzrocznej - ani blisko ani daleko nie widzą jasno i ostro (tylko swój nos, kieszeń i próżną sławę:)
  • @Autor
    //objawienie Antoniego Macierewicza uznającego Jedwabny Szlak za „zagrożenie dla Polski”//

    Dopóki takie mądrale będą piastować w Polsce funkcje ministerialne to będziemy mieli to co mamy.
    Dobry artykuł.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930