Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
741 postów 332 komentarze

Granice są zmienne

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Nie jestem rewizjonistą – co podkreślałem wielokrotnie. To, że czynnie zabiegam o restytucję polskiej WŁASNOŚCI na Kresach nie oznacza bynajmniej, że bezrefleksyjnie podchodzę do resentymentów granicznych na Wschodzie.

 

Jednak rozróżnić też należy sceptyczne, zdroworozsądkowe podejście, obejmujące m.in. analizę sytuacji etnicznej, potencjałów demograficznych i ekonomicznych, stan infrastruktury, a także sytuację międzynarodową – od pryncypialnego podejścia na precz i na wiwat. Zgodnie z pierwszym Polak nawet nie ma prawa nawet pomyśleć o tym, że granice bywają zmienne – bo za samą myśl od razu odbiorą mu Śląsk. Wg drugiego – najlepsze państwo to takie, które jedyną granicę ma na stratosferze, tak Wielką Polską stać się bowiem powinno.

 

Granice jako funkcja siły państwa

 

Musimy przyjąć do wiadomości, że  tak historycznie, jak i współcześnie granice i terytorium wprawdzie w dużej mierze stanowią o sile danego państwa – ale równocześnie są tej siły pochodną.  Inaczej – to prawda, że mając wielkie państwo potencjalnie łatwiej jest wygenerować jego siłę własną, jednak gdy się tego nie czyni albo starania nie dają spodziewanych rezultatów – terytorium może zostać dopasowane do tak objawionej słabości danego organizmu. Klasycznym tego przykładem pozostaje I Rzeczpospolita, z której rozległości dokładnie nic nie wynikało – ulegała więc systematycznemu zmniejszaniu, aż do zaniku w ogóle. I odwrotnie – równie znanym dowodem do dopasowywanie wielkości geograficznej do rosnących możliwości pozostają Prusy. Po takiej obserwacji należy zauważyć, że fakt, iż Polska nadal pozostaje w swych granicach otrzymanych przed przeszło 70 laty powinien raczej dziwić, a nie być traktowany jako oczywistość i norma. Oczywiście pozostajemy w jednym, nienaruszonym kawałku z powodów analogicznych jak Rzeczpospolita połowy XVIII, czy Chiny pod koniec XIX stulecia. Ponieważ jesteśmy protektoratem, a więc nasze granice nie są już nasze, tylko wyznaczają zakres strefy wpływów naszego hegemona. A raczej – hegemonów, geopolitycznie i nadrzędnie Stanów Zjednoczonych, a ekonomicznie i lokalnie – Niemiec. I to ich właśnie cele, interesy i rozkazy mają kluczowe znaczenie dla wszystkich hipotetycznych rozważań granicznych o Polsce, zarówno tych straszących utratą terytorium, jak i tych marzących o jego powiększeniu.

 

Dopóki jesteśmy częścią obozu zachodniego nie będziemy rzecz jasna suwerenni  – ale też dotąd nikt nie pozwalał na jakieś większe zmiany graniczne na korzyść czy niekorzyść Polski (co nieco przypomina odwróconą geograficznie sytuację I Rzeczypospolitej przed I rozbiorem). Tłumacząc na przykładzie – nie było potrzeby oddawania naszych Ziem Zachodnich Niemcom, skoro mogli sobie wziąć całość organizmu naszego kraju nie ponosząc przy tym kosztów np. naprawiania polskiej fatalnej infrastruktury. Żelazne zasady neokolonializmu w tym punkcie pozostają niezmienne. Analogicznie jednak nie ma też opcji, by w orbitę Zachodu wciągać kolejne terytoria wschodnie przez przyłączanie ich do państwa polskiego – skoro zdecydowano się na wchłonięcie w całości niegdyś takiej Litwy, a ostatnio Ukrainy, ani że nastawienie do ziem polskich nie ulegnie zmianie nawet bez zmiany układu geopolitycznego świata. „Ależ to oczywiste!” - zakrzyknie ktoś. Doprawdy? Czemu jednak w niemal identycznej sytuacji scenariuszem zachodniej ekspansji realizowanym ledwie 900 km na południowy wschód od obecnych polskich granic – jest właśnie rewizjonizm i plan powiększenia Rumunii poprzez wchłonięcie Mołdawii? Jakoś jej granice, niepodległość i w ogóle istnienie, mimo dokonanego niedawno symbolicznego stowarzyszenia z Unią Europejską nie są dla nikogo na Zachodzie szczególnie święte ani umiłowane. Po prostu – i to dopiero jest oczywiste – decyduje interes.

 

Nie bójmy się myśleć

 

Czy i w czyim interesie byłaby ewentualna zmiana obecnych granic RP – jeszcze się zastanowimy. Ważniejsze pozostaje czego wymaga interes samej Polski – niechby i nawet nieuświadamiany. Zgodzić się wypada, że obecne granice, kształt i zasięg terytorialny, no i przede skład etniczny uzyskane po II wojnie światowej – jak najbardziej powinny nam odpowiadać, pozwalając na wszak na kilka dekad bezprzykładnego rozwoju społecznego i infrastrukturalnego, niestety, nie spełniającego wszystkim aspiracji mieszkańców, co w połączeniu z niekorzystną koniunkturą międzynarodową doprowadziło do ostatecznego załamania i permanentnego kryzysu ekonomicznego, demograficznego i tożsamościowego, trawiącego Polskę już od kilku dekad. Dla niewszczynania pobocznej i mocno jałowej dyskusji można by w sumie pominąć w jaki sposób użytkowane do dziś terytorium uzyskaliśmy i jak było zabezpieczane – nie mniej nie możemy uciec od spostrzeżenia, że po pierwsze: granice czy ich znaczna część tak po I, jak i po II wojnie światowej zostały nam w istocie nadane przez czynniki zewnętrzne. Po drugie jednak – że nasza aktywność, czy częściej raczej jej brak – miał jednak poważny na ostateczny kształt tych granic i w efekcie na zasięg terytorialny państwa.

 

Mówiąc prościej – zarówno w Dwudziestoleciu, jak i po 1944 r. granice RP (a następnie PRL) mogły przebiegać inaczej, co o tyle istotne, że dotyczy rejonów o których wzdychają współcześnie rewizjoniści – i których tak nerwowo wypierają się ich równie emocjonalni przeciwnicy. O ile jednak po 1918 roku polscy przywódcy różniąc się odnośnie metod, jak i postulowanego zasięgu państwa – zgadzali się, że granice wschodnie wyznaczymy sobie w jakiejś mierze sami, oczywiście w relacji z bezpośrednio zainteresowanymi sąsiadami, o tyle pod koniec II wojny światowej całość obszaru została nam faktycznie ofiarowana. Prezent zaś był i tak mniejszy, niż mógł być (zwłaszcza jeśli chodzi o przynależność Lwowa, przegraną przede wszystkim przez błędną oceną sytuacji ze strony  Stanisława Mikołajczyka) ze względu na nierozpoznanie w porę tak dziejowej szansy – jak i konieczności z nią związanych.

 

Niestety bowiem, zarówno wówczas, jak i dziś pokutuje, nawet w polskiej klasie politycznej przekonanie, że gdybyśmy odpowiednio głośno i długo powtarzali, że chcemy nasze dawne ziemie – to jakaś nadnaturalne siła by je nam oddała abstrahując od układu sił i realnej sytuacji międzynarodowej. Jak wiemy, tak się nie stało – i stać nie mogło, bo geopolityką rządzą prawa spoza zakresu fantastyki naukowej, marzeń i poezji, czyli fundamentów polskiego myślenia politycznego. Również i dziś popularnym w Polsce błędem jest wiara, że jeśli choćby pomyśli się słowo "separatyzm" albo "zmiana granic" - to nam automatycznie odpadnie Śląsk. I odwrotnie – jeśli z odpowiednio emocjonalnym zaangażowaniem zaklniemy rzeczywistość – to pozostanie ona niezmienna, nie zmuszając nas do myślenia i zachowywania się politycznie, a więc i niekiedy dynamicznie. Tymczasem taki mechanizm a'la przez nikogo niespodziewane pojawienie się Hiszpańskiej Inkwizycji - po prostu nie istnieje. A więc i nic nie stoi na przeszkodzie, by choćby teoretycznie  przepracować istniejące i potencjalne możliwości zmiany granic RP.

 

To jest na poważnie

 

Ponieważ nigdy dość w jednym tekście powtarzania zapewnienia podstawowego – obecne granice Polski (podobnie jak miliony rodaków) przyjmuję do akceptującej wiadomości, a historycznie nawet mi się podobają. Nie do tego jednak stopnia by wdawać się w anachroniczne i ahistoryczne rozważania czy Wrocław jest wart Lwowa, a Szczecin Wilna – bo taka ekwiwalentność nie istniała i nie istnieje. Granice Polski uległy zmianie, bo taka była dziejowa konieczność – a dziś mogłyby się zmienić, gdyby pojawiła się taka możliwość (czy zdaniem innych – zagrożenie).  Polska wiara, że granice są czymś stałym i pewnym we współczesnym świecie – jest nie do obrony. Świadczą o tym nie tylko przypadki post-jugosłowiańskie, czy post-sowieckie, ale i nastawienie do nich głównych mocarstw, zaś jeszcze aktualniej – rozwój ruchów separatystycznych w Zachodniej Europie i niemal już pewne powstanie niepodległych Szkocji i Katalonii.

 

W tym właśnie kontekście można rozpatrywać (czy raczej analizować) przeszłe czy obecne propozycje dotyczące zmiany – rozszerzenia granic Polski czy w każdym razie zmiany stanu politycznego posiadania narodu polskiego. Najsłynniejszym faktem w tym zakresie pozostaje próba stworzenia Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego na Litwie w 1990 r., a najgłośniejszym w swoim czasie mitem – rzekoma propozycja oddania Polsce Kresów przekazana gen. Jaruzelskiemu przez Gorbaczowa. O ile na tę drugą nie ma żadnych dostępnych dowodów – o tyle pierwsza inicjatywa miała wszelkie szanse powodzenia, przynajmniej gdyby zyskała większe wsparcie ze strony Warszawy, no i gdyby odbywała się w całości w realiach sowieckiej, a nie w końcówce już niepodległej Litwy. Niezależnie od tego, czy przedsięwzięcie to ewoluowałoby w kierunku Polskiej Republiki Sowieckiej, włączenia polskiej autonomii w skład niepodległej Białorusi i wzmocnienia w tym kraju komponentu polskiego, czy też (marzycielsko powstania drugiego niezależnego państwa polskiego i/lub zjednoczenie go z Polską – wszystko to były scenariusze spoza political-fiction, a raczej byłyby takimi, gdyby RP rządzona była w zgodzie z własną racją stanu i polskim interesem narodowym.

 

Po co jednak wspominać to wszystko – dla poszerzenia zakresu wszelakiej wiedzy zbędnej, pobudzania gdybologii, tradycyjnego biadolenia nad polską indolencją polityczną? Nie. Dla uświadomienia i przypomnienia, że  ten sam język faktycznie obowiązywał w polityce 100 lat, 70 lat, 25 lat temu – i obowiązuje dzisiaj.  I nie ma większego znaczenia, że równie rytualnie krańcowo odmiennie brzmi język dyplomacji. Wszak już w protokołach XIX-wiecznych konferencji berlińskich próżno szukać zdania typu „nawet nie do pomyślenia jest, by te czarnuchy rządziły się same, podzielimy sobie te ich dżungle!”. Tyle tylko, że każdy – i tu sobie jednak pobiadolmy – poza Polską odróżnia formę od treści, a zasłonę dymną od zmian i ruchów w układzie sił, które ukrywa.

 

Czy więc propozycje zmian na Kresach faktycznie zostały formułowane, czy też były tylko projekcją naszych marzeń i tęsknot – w gruncie rzeczy wychodzi na to samo. Oczywiście, tego typu pomysły pojawiają się oficjalnie nieoficjalnie, niezobowiązująco – jakiś nieformalny przeciek z dalszego szeregu, wypowiedź polityka mającego nieomal żółte papiery. Wszystko by bez zobowiązań sprawdzić czy w ogóle jest o czym i z kim rozmawiać. Tak, wiadomo, że nie ma. Ale będąc dalej niż na podwórku rozważań w tej skali na pytanie czy pomysły takie faktycznie mogłyby dziś prowadzić do zmiany granic – odpowiadam: po pierwsze – co za różnica? Po drugie – tak.  To jest na poważnie.

 

Demografia jest kwestią wtórną

 

No dobrze, odpowie ktoś – ale po co by nam to wszystko było? Abstrahując od resentymentów do architektury – pozostałe realia są przecież niemal takie same jak dwa lata temu, kiedy ostrzegałem przed posługiwaniem się tanim rewizjonizmem do bieżącej propagandy w Polsce: „(...) kto miałby wysiedlić blisko 5 mln ludzi zamieszkujących trzy tylko obwody – lwowski, wołyński i iwano-frankowski (stanisławowski)? 20 tysięcy niesiedzących za biurkami żołnierzy Sił Zbrojnych RP i 50 tys. policjantów z prewencji i zbliżonych sił? (…) Kim zasiedlimy też świeżo zdobyte tereny nowego mocarstwa? Niżej podpisany swymi skromnymi siłami jakoś walczył z kryzysem demograficznym, ale mojej piątki dzieci (…) i innych może nie starczyć by dokonać kolonizacji Ziemi Lwowskiej, a nawet żeby uruchomić jeżdżące po Lwowie tramwaje. Zwłaszcza, że koledzy znający Ukrainę z obrazków, a dawną Małopolskę Wschodnią z podróży sentymentalnych, mijając się z rzeczywistością pomijają też fakt, że największe zwarte skupiska Polaków mieszkają już za linią Zbruczu, na Żytomierszczyźnie i Podolu. I co, ich też Panowie planujecie przesiedlać? Fajnie, Stalinrobił podobnie, tylko on na wschód, nie na zachód...”. Tak, to prawda, nie radzimy sobie nawet z tym terytorium, które jakimś cudem nadal posiadamy – a co dopiero mówić o jego rozszerzaniu. Co więcej, nie mamy u sterów państwa sił polskich, kierujących się racją stanu i interesem narodowym – przynajmniej polskim. Rozważania nasze są więc bardziej nawet niż teoretyczne. A jednak...

 

Oczywiście rozumiejąc, że nie mamy w sobie ani dość siły, ani woli, ani mądrości politycznej by poważnie podejść do być może przełomowego momentu w najnowszej historii Polski – moglibyśmy w wolnej chwili zwrócić uwagę, że doświadczenia ostatnich dekad i różnego typu eksperymentów inżynierii etnicznej – nie są aż tak pesymistyczne.

 

Zwrócił mi na to uwagę człowiek nie tylko inteligenty, ale znajdujący się w centrum owego trochę bieżącego, trochę potencjalnego, a bardzo mitycznego problemu etniczno-terytorialnego RP – czyli na Śląsku. Ex-wicewojewoda  Piotr Spyra  pokazał mapę zmian jakie zaszły w składzie narodowościowym ludności Cypru w okresie 1960-99, kiedy to w wyniku Operacji „Atilla”, podziału wyspy i ruchów ludności mozaika terenów mieszanych, z generalną przewagą terytorialną ludności greckiej i większościowymi punktami Turkami cypryjskich – została zastąpiona klarownym rozróżnieniem na turecki północny-wschód i grecki południowy-wschód. Mapa owego przepływu pokazuje, że  kiedy zmienia się granice - rozkład etniczny się dostosowuje, a nie odwrotnie.

 

Nie inaczej było w serbskiej Krajinie w Chorwacji, w której liczba Serbów w ciągu ostatnich dwóch dekad zmniejszyła się przeszło czterokrotnie, co ponadto doprowadziło do utraty większości w wielu rejonach, które w latach 90-tych stanowiły bazę dla próby budowy tam państwowości serbskiej. Nie inaczej stało się też w najsłynniejszym przypadku zmian granicznych i separatyzmu we współczesnej Europie – wyklutym z rozporka  Clintona Kosowie. Nawet zakładając nierzetelność spisów ludności, tak tych z lat 90-tych, jak i współczesnych – i tak okazuje się, że liczba Serbów w tej kolebce Serbii spadła ośmiokrotnie!

 

Czy zasługujemy na istnienie?

 

Ludzie uciekają od wojny, jadą do lepszego życia, szukają miejsca wśród swoich – i rozkład demograficzny danego miejsca na mapie zmienia się. Tak jak zmienne były, są i będą granice. I choć nie tylko od nas zależy, czy byłyby to zmiany na lepsze – to u licha, nie można wierzyć, że niewiara ma jakąś moc, a rzeczywistość ignorowana – nie stanie się mimo nas.

 

W klasyczne, historycznej etnogenezie to nie narody tworzyły państwa, ale państwa – kreowały narody. Zmianę (jak się okazało – krótkotrwałą) przyniósł dopiero wiek XX ze swym XIX-wiecznym interludium, kiedy to wymyślono masę narodowości, by następnie obdarować je mniej lub bardziej wydumanymi państwowościami – a następnie tym łatwiej wprowadzić na kolejny poziom globalnej ewolucji politycznej. Niestety, ale niekiedy może się wydawać, że przy całej swej historii – również polskość, Polska i Polacy są elementem tego właśnie eksperymentu na skalę wszechświatową i dopiero jego zakwestionowanie, ucieczka w stronę realnej wielobiegunowości, ale i państw silniejszych i obszerniejszych niż tylko obecne, wąskie obszary etniczne – może udowodnić, że jesteśmy czymś więcej niż bezwolnym i bezmyślnym podmiotem nigdy się niekończącej Wielkiej Gry.

 

Konrad Rękas

 

 

 

KOMENTARZE

  • W obszerności materiału ginie przesłanie.
    Jednak w kontekście mapy Gomberga, bajki Stratfor o nowym Międzymorzu, podziale Ukrainy i wspaniałych dla nas rokowaniach - do rozpaczy nie skłaniają. O ile pogodzić się z rolą planktonu.
    Na razie jankesi (jankesi, a nie NATO) obstawiają zachodnią granicę.
    Polska jest państwem wieloetnicznym. Nie wszystkie etnosy już zanikły, ale tylko z jednym (o ile go za etnos uznać) ma narastający problem. Rusini po zaniku zewnętrznej stymulacji z czasem znormalnieją.
  • *5 Post warty przeczytania.
    Przeczytałem cały post i dochodzę do wniosku że w jego rozważaniach nie ma Pan pojęcia co z tym fantem, Narodu lub Państwa, robić dalej! Możliwe iż tak czuje większość w Polsce i dlatego sprawy rozwoju posuwają się bardzo opornie (to nie zarzut lecz stwierdzenie). Brak wizji jest ważnym czynnikiem zastoju i stagnacji.
  • Unia
    Unia
    Można by zapytać
    where is the point?
    To znaczy co?
    albo inaczej.
    Jaki z tego wniosek?
    Bo dla mnie pchanie się na Lwów nie ma najmniejszego sensu.
    No chyba jedynie po to by znowu kolejny Bandera zrobił polskim przybyszom jatki.
    Jedynie co mogłoby nas dobrego spotkać, to unia Polski i Białorusi pod prezydenturą Łukaszenki, po pierwsze znaczny wzrost terytoriów państwa, po drugie odbudowa i wzmocnienie gospodarcze.

    https://wiernipolsce.files.wordpress.com/2012/02/slavia2.jpg

    https://wiernipolsce.wordpress.com/2012/02/06/narodowa-republika-slowianska-slowiania/
  • Wnioski do samodzielnego opracowania
    Odnoszę wrażenie, że komentujący oczekują od tekstów, by zawierały jasne przesłania: kochać! nienawidzić! za! przeciw! atakować! uciekać!

    Autor tymczasem woli opisywać pewne zjawiska, fakty i procesy, wnioski pozostawiając samym czytelnikom. W przypadku tego artykułu zwraca zaś przede wszystkim uwagę, że od powtarzania, że nie będziemy o takich sprawach mówić ani myśleć - zagadnienie graniczne i możliwość zmian terytoriów państw europejskich, w tym Polski - nie znikną.
  • @Oświat 13:30:52
    Narodowa Republika Słowiańska - no i co, znowu polskość i tradycje mamy podporządkować "nadrzędnym" celom? Jak zechcą niech się
    do nas przyłączają ale pod naszym przywództwem, podpięci pod naszą tradycję.
    My, Polacy zróbmy najpierw porządek w granicach które jeszcze mamy
    bo i tego może zabraknąć a roboty ogrom że hoho.... . Będzie w Polsce dobrze to "niemiaszki" sami o przyłączenie poproszą. Jak nie to drugie dobrze.
  • @chart 13:58:04
    Panie @chart, takich prac autorskich bez przesłań jest w Polsce 99%.
    W tym jest problem. Mówią iż w narodzie statystycznie potrzeba 5% ludzi przewodzących, zarażonych energią działania aby można było coś zorganizować. Z jednym procentem nic nie zdziałamy. Wszyscy czekają na objawienie dobrego programu i silną rękę kierującą przemianami. Czekają już od lat trzydziestu i nic. Filozofowanie jest rzeczą najprostszą którą Polacy opanowali praktycznie do perfekcji.
    Wrócę do ery PRL-u. Dlaczego ludzie dobrowolnie przychodzili na społeczne czyny? Bo sprawa była klarowna, jasno postawiona i uczestnicy mieli z tego działania prywatne, pośrednie lub bezpośrednie korzyści. Wtedy nie było filozoficznych opracowań na temat "korzyści budowy chodnika". Sprawa była jasna. Nie chcesz chodzić po błocie
    lub łamać goleni musisz wybudować "chodnik". Poprzez nadmierne filozofowanie powstaje wiele "dróg". Ludzie w nich się gubią i tracą
    treść oraz słuszność kierunku działania.
    Dlaczego PiS wygrał i wciąż ma poparcie? Dlatego że jako jedyna partia miała czytelnie napisany program działania. Nie ważne czy dobry. Innego nie było i ludzie to widzieli.
  • @Oświat 13:30:52
    Realizacji słowiańskich interesów to prędzej na Kremlu się można doszukać, niż nad Wisłą, czy za wielką wodą. :D
    W przypadku rozpadu Ukrainy są szanse na Lwów, ale nie na Kijów.
    Partyturka aktualnie brzmiąca to raczej wersja Stratfor, czyli upraszczając - kordon sanitarny między Rosją i Chinami, a strefą europejską.
    Coś przybliżonego do tej mapki:
    https://www.stratfor.com/weekly/estonia-azerbaijan-american-strategy-after-ukraine
  • @Stara Baba 13:59:13
    Widzi pan, duże silne państwo gospodarczo, militarnie, z dużym potencjałem ludności to najlepsza zapora przed wszelką agresją. Po prostu dużego i silniejszego się omija, małemu, słabemu zawsze będą dyktować warunki.
    Niemcy nie podbiły Rosji bo obszar był ogromy, bo Rosjanie mieli gdzie przenosić aż za Ural fabryki, bo w końcu mieli sporo mięsa armatniego. Jednym słowem dużo ludzi, duży obszar i duża produkcja na potrzeby armii i jest szansa na to by się obronić i pozostać suwerennym.
    To dla tego właśnie z Rosją się liczą i nie mogą przeboleć, że nie mogą jej ugryźć.
    Jesteśmy Słowianami a to, że Białorusin, Ukrainiec czy Rosjanin ma nieco inny język, co to ma za znaczenie. Tu się nie proponuje by Polak właził Ukraińcowi na kart, czy rusek okupował Polaka, tylko byśmy razem tworzyli wspólnotę gospodarczo obronną nie do ruszenia.
  • @chart 13:58:04
    Samo gadanie dla gadania nie bardzo ma sens.
    Raczej przewidywać możliwości i zagrożenia, wyznaczać w miarę możliwe cele, oceniać ich ewentualne skutki, szukać dróg do ich realizacji, nakłaniać do ich realizacji także możliwych partnerów.
    ... ale pod naszym przywództwem…. Jak pisze Stara Baba
    A niby to czemu, kto by na to poszedł.
    Współpraca jak najszersza, nie okupacja i nie dyktat.
  • @Oświat 14:35:29
    Polska jest wystarczająco duża aby była silna i pełniła przewodnią rolę.
    Ma ku temu także tradycje oraz stosowne obyczaje. Zrzeszanie się z innymi w celach obcej agendy, będąc osobiście słabym prowadzi do pogorszenia stanu suwerenności a nie jego polepszenia. Budujmy Polskę, miejmy oczy szeroko otwarte a reszta w praniu wyjdzie.
  • Robi sie!
    Nie chcialbym nikogo urazic - ale mam wrazenie, ze jednak cos tam robie poza pisaniem :)
  • Rozważania o marmurku i cynkfolii oraz o łączeniu pionów z poziomami
    Owszem, wizja zmiany granic jako zabawa geograficzna, bądź swobodne polityczne dywagacje dla zabicia czasu - OK.

    Ale jeśli już ktoś myśli o tym poważnie w naszej polskiej rzeczywistości politycznej, to kojarzyć się to może z pragnieniami biedaka, który marzy o przyjemności jazdy Aston Martin Rapide albo takim Mercedes-Benz Klasa S Maybachem, a nie stać go nawet na nowy rower i ma dziurawe buty.

    Przecież my, Polacy, nie mamy polskiej reprezentacji politycznej, nie mamy polskiej gospodarki, jesteśmy pod żydowską okupacją - w Europie nie stanowimy ani siły gospodarczej, ani militarnej, ani politycznej.
    Cel główny to odzyskanie przez Polaków władzy politycznej, odbudowa gospodarcza, militarna, odżydzenie całego życia społeczno-politycznego.
    Potem, porozmawiamy o granicach - "wedle stawu grobla".
  • @ Zciemniak 13:30:52
    Nawołujesz do globalizacji.
    Narodowa Republika Słowiańska to druga Unia Europejska, czy nie.
  • @Rzeczpospolita 17:53:55
    Póki co, bliżsi jesteśmy tego rozwiązania - idei federalistycznej Europy - i jak na razie żaden Jew-ropejczyk tego nie odwołał:

    https://wiernipolsce.files.wordpress.com/2011/03/mapa-rp.jpeg
  • @Oświat 13:30:52
    To także są fantasmagorie.
    Przecież taki twór musiałby mieć czyjeś gwarancje polityczno-militarne. Jedynym zdrowym elementem tego tworu, posiadającym sprawny organizm państwowo-gospodarczy jest Białoruś, w której - niestety - istnieje także żydowska V kolumna. Kto miałby sprawować w nim rządy?
  • @Rzeczpospolita 18:06:44
    To to faktycznie są fantasmagorie ale Rzeczpospolita nie udawaj że nie wiesz o co biega.
    https://www.youtube.com/watch?v=eCE_r8uraAo&t=222s
    od 8 min 36 sek do 9 minuty https://www.youtube.com/watch?v=eIPnu30U4MM
  • @Rzeczpospolita 18:00:21
    Byłem prezesem Stowarzyszenia Samorządów Euroregionu BUG. Rozpadu Polski od jego istnienia nie stwierdziłem :)
  • "Nie jestem rewizjonistą ..."
    Czyżby?

    Według Autora miedze oddzielające poszczególne prywatne pola są niezniszczalnym i stałym wyrazem świętej własności prywatnej, a granice państw należą do czasowej i zmiennej kategorii? Bardzo interesujące ma Autor poglądy.

    Na Wschodzie Europy rodzi się nowy trend, nowa moda na rewizjonizm. Wiodą w tym prym z oczywistych względów Rosjanie. Ja, tak przy okazji, przeprowadziłam rewizję własnych poglądów, która odbiła się niekorzystnie na mojej przyjaznej Rosji postawie. Ujrzałam też w innym świetle Powiernictwo Kresowe, którego Autor jest prezesem. Celem Powiernictwa jest odzyskiwaniem prywatnych majątków na Ukrainie.

    "Wasza szlachecka duma nie powinna pozwalać Polsce być marionetką w czyichś rękach. Dla obrony swych interesów Rosja i Polska powinny nawiązać ścisły i stały kontakt, słuchając się wzajemnie jak przyjaciel przyjaciela. Bez nas – bez Rosji i Polski – nie będzie rozwiązania problemów Ukrainy," powiedziała Elena Ponomariowa w rozmowie z Panem Konradem Rękasem. Czy to było takie grzeczne zaproszenie do rozbiorów upadłej Ukrainy? Wszak Polacy naiwni są i łakną powrotu dawnej wielkości.

    Powiedzmy, że Polska posłuchałaby "przyjacielskich" podszptów Rosji.
    Dla Rosji i Niemiec wszystko ułożyłoby się wtedy gładko. Sprawa Doniecka i Krymu zostałaby ostatecznie prawnie przez Rosję rozwiązana. A Sląsk i Pomorze oddzieliłyby się od Polski i przez jakiś czas pozostały autonomicznymi republikami z dwoma językami urzędowymi. Kto wie, może dzięki inżynierii etnicznej, po jakimś czasie, tylko jednym - niemieckim. Polacy, Żydzi, tudzież przedstawiciele innych narodowości i grup etnicznyc odebraliby Ukrainie swoje majątki. Jestem przekonana, że ich żadania przekroczyłyby ukraiński stan posiadania. W naszych nowych, przesuniętych na Wschód, granicach znalazłaby się najbardziej biedna część Ukrainy przywodząc naszą i tak złą sytuację ekonomiczną do upadku. Po odebraniu majątków Ukrainie przyszłaby kolej na odbieranie majątków pozostawionych przez Żydów i Niemców w Polsce. Należałoby tu jeszcze wspomnieć o ukraińskich nastrojach nienawiści, które prawdopodobnie dosięgłyby zenitu i byłyby skierowane nie przeciwko Putinowi tylko pazerności Lachów. Kto by na tym zyskał? Niewątpliwie Rosja i Niemcy oraz zamieszkujący w przeważającej większości za granicami Polski właściciele odzyskanych majątków. Kto by poniósł nieopisane straty? Polacy i Ukraińcy. A jak przedstawiałyby się stosunki polsko-ukraińskie po tym przesunięciu granic, lepiej nie myśleć.


    ***
    Konrad Rękas na temat "świętego prawa do prywatnej własności":

    "We believe in the law. Especially in the sacred right to property. We hear that Ukraine is a democratic country with the rule of law – so also the independence of courts. The recognition of our claims should only be a formality. The government in Kiev gets billions of dollars to carry out civil war. So they can afford to pay ukrainian debts to the Poles, Jews, Romanians, Hungarians and others. And it’s time to do it. This is their European choice."

    /Fact.International - Polish will for revision of social changes in Western Ukraine/


    Konrad Rękas na temat granic państwa:
    "Polska wiara, że granice są czymś stałym i pewnym we współczesnym świecie – jest nie do obrony."
    "kiedy zmienia się granice - rozkład etniczny się dostosowuje, a nie odwrotnie."
  • @AgnieszkaS 05:54:39
    Doskonałe podsumowanie, brawo!
    Konrad Rękas nie jest jedynym, który podaje się za kogoś, kim nie jest.

    Ten, kto nie jest rewizjonistą nie pisze rozprawek na temat kształtu granic.

    Autor piszący na swój temat w trzeciej osobie:

    "Autor tymczasem woli opisywać pewne zjawiska, fakty i procesy, wnioski pozostawiając samym czytelnikom. W przypadku tego artykułu zwraca zaś przede wszystkim uwagę, że od powtarzania, że nie będziemy o takich sprawach mówić ani myśleć - zagadnienie graniczne i możliwość zmian terytoriów państw europejskich, w tym Polski - nie znikną."

    Jasne, że nie znikną, ale nieustanne poruszanie tego tematu oswoi czytelnika i problem znormalizuje - znany chwyt socjotechniki - a sama myśl o zmianie polskich granic, które wiele osób z pokoleń urodzonych po wojnie uważa za święte, przestanie oburzać i bulwersować, tym bardziej, gdy połączona z bajkową perspektywą terytorialnie wielkiej Polski.

    Oczywiście, że gmeranie przy granicach wschodnich dałoby precedens do zmiany granic na zachodzie, południowym zachodzie i północnym wschodzie Polski, a wszystko w efekcie, gdyby zmiana na wschodzie zostałaby przeprowadzona po myśli Ukrainy nie Polski, mogłoby doprowadzić do tego, że Polska ostałaby się w granicach nieco większych niż niegdyś Księstwo Warszawskie.

    Jak najbardziej, należy mówić o potencjalnej możliwości zmiany granic, ale wyłącznie w kategoriach, że należy do upadłego bronić ich dzisiejszej formy, bo w dzisiejszej sytuacji ekonomiczno- politycznej one są jedynym gwarantem istnienia państwa, choćby teoretycznego i skolonizowanego.
  • @AgnieszkaS 05:54:39
    ...przecież Żydzi już odebrali i nadal odbierają majątki w Polsce, więc co to niby znaczy, "przyjdzie kolej"? To jest słabo zakamuflowane wysługiwanie się właśnie Żydom i Niemcom, na zasadzie - oni zabiorą Polakom co zechcą, a tacy jak Pani będą trzymać Polaków za ręce, żeby broń Boże sami nie wzięli tego co nasze i co nam się należy.
  • *5
    A dla mnie tekst jest za krótki. Brakuje mi w nim spojrzenia na zagrożenia dla nas, dla Polski, płynące z faktu, że "Granice są zmienne".
    Wszak nie rozprawiając o tym, "nie można wierzyć, że niewiara ma jakąś moc, a rzeczywistość ignorowana – nie stanie się mimo nas."

    A przecież możliwy jest rozpad Polski. Teoretycznie... o wiele bardziej prawdopodobny, niż powiększenie.
    Na przykład taki scenariusz:
    Rząd polski likwiduje i sprzedaje kopalnie na Śląsku. Ludzie wychodzą na ulicę i jest rozpierducha. Następnie spon-soros-owany* majdan śląski, a później uzbrojeni przez sąsiada separatyści (jak w Donbasie). Oczywiście plus odpowiednia propaganda. I mamy quasi wojnę domową. Znajdą się rozjemcy, wprowadzi się pewne rozwiązania, da się autonomię na niektórych terenach, a później podział będzie już tylko narastał...
    Z drugiej strony tzw. ruchy banderowskie, żądające powrotu tzw. "Ukrainy Zach." do macierzy (albo inaczej- tzw. "Galicji Wsch.), zdobywają pełnię władzy. Na Rosję są za słabi, to powetują sobie straty Polską. Ponieważ banderowcy to bandy obcych sponsorowanych przez nie wiadomo kogo jeszcze (dlatego przejęcie przez nich władzy jest wysoce prawdopodobne), w dodatku zapędzają zbiedzonych Ukraińców w kamasze, obiecując im łupy wojenne na Polakach, to mamy pełną agresję drugiego sąsiada.
    Albo może wojna hybrydowa? Na początek ataki a' la Palestyna lat 40-tych. Okropieństwa nie muszą być nawet straszne, bo od czego propaganda, a możemy mieć exodus- ale Polaków z obecnych Kresów. Akcje odwetowe na Ukraińcach pracujących w Polsce sprawią, że 2 mln naszych sąsiadów będzie się przemieszczać w drugą stronę, pod opiekę wkraczających banderowców. I wystarczy wtedy tylko np. tzw. tymczasowy rozejm i strefa tzw. zdemilitaryzowana. I po kilku latach mamy przesunięcie granic metodą faktów dokonanych. No, jak np. w Kosowie, czy na Cyprze.
    A szczęście w nieszczęściu, albo jeszcze większe nieszczęście, bo U.S. Armia już tu stacjonuje. Może Rosja się powstrzyma, co nie znaczy, że czegoś nie ugra. Może Niemcy właśnie dlatego już dziś narzekają na obecność U.S. Armii w Polsce, bo za mało im się dostanie?
    U.S. Armia dostanie rozkaz wyjścia na ulicę, nasze wojsko dostanie rozkaz pozostania w koszarach (o ile ich wszystkich- zdolnych do walki- nie wyślą gdzieś np. na Madagaskar). Do banderowców nikt nie będzie strzelał. No, chyba że jakiś policjant, jak mu będą córkę gwałcić i mordować. Myśliwym i wszystkim z zarejestrowaną bronią wjadą na chatę. Ogłoszą światu, że Obrona Terytorialna to buntownicy i terroryści.
    Jak nam zakręcą rurociąg "Przyjaźń", to nawet koktajlów Mołotowa nie będzie z czego robić.
    I ponownie U.S. Armia zaprowadzi porządek i przywróci demokrację.

    Jednak jakiś kadłubek Polski musi zostać. Jesteśmy zbyt cennym narodem, aby nas się tak szybko pozbyć. Nie po to, przez prawie dwie setki lat, wpajano Polakom, że walczymy za "Wolność Naszą i Waszą".
    Pesymistyczna wizja?

    "Jak najbardziej, należy mówić o potencjalnej możliwości zmiany granic, ale wyłącznie w kategoriach, że należy do upadłego bronić ich dzisiejszej formy, bo w dzisiejszej sytuacji ekonomiczno- politycznej one są jedynym gwarantem istnienia państwa, choćby teoretycznego i skolonizowanego."- Lotna 17.01.2017 13:06:06

    Taki właśnie powinien być wniosek z tekstu.

    * Spon-soros-owany ©

    pOZDRAWIAM niePOPRAWNIE niePOLITYCZNIE

    Tuz z Talii
  • @Lotna 13:06:06
    ///Ten, kto nie jest rewizjonistą nie pisze rozprawek na temat kształtu granic.///

    Jak widzę należysz do tej kategorii ludzi którzy likwidują gorączkę tłukąc termometr.
    O zmianie granic zwanej ładnie "porządkiem pojałtańskim" się mówi,sugeruje,dyskutuje.Zmiana granic "wisi w powietrzu" i lepiej się do tego przygotować.Psychicznie jako że inaczej nie można.
    W dalekim 2011 r przytłaczająca większość (ankietowanych) Ukrainców życzyła sobie oddzielenia Galicji od pozostałego terytorium. https://newsland.com/user/4297686316/content/ukraina-zakhotela-otdelit-ot-sebia-galichinu/4207382
    Władimir Bukowskij (tak,tak.Ten sam Bukowskij - ulubieniec tzw polskiej tzw prawicy) powiedział:
    "rozpad Ukrainy na Zachodnią i Wschodnią jest naturalny i prędzej czy później będzie miał miejsce niezależnie od sondażowych badań ,do tego procesy trzeba odnieść się naturalnie bez zbędnego pustosłowia o uznanych międzynarodowych granicach. One (granice ) wobec krachy Poczdamsko-Jałtańskiego ładu są mało aktualne czego przykładem jest Jugosławia lub "cywilizowany rozwód" Czech i Słowacji "
    -------------------------------------------------------------------------------------
    Każdy rozsądny człowiek wie że do korekty granic dojdzie a milczenie na ten temat jakie daje się zauważyć w polskiej przestrzeni politynczno- medialnej nie zahamuje tego co nieuchronne.
  • @ikulalibal 19:04:10
    Czytaj ze zrozumieniem.

    Powiedziałam wyraźnie:

    Jak najbardziej, należy mówić o potencjalnej możliwości zmiany granic, ale wyłącznie w kategoriach, że należy do upadłego bronić ich dzisiejszej formy, bo w dzisiejszej sytuacji ekonomiczno- politycznej one są jedynym gwarantem istnienia państwa, choćby teoretycznego i skolonizowanego.

    Podsuwanie tekstów pt. ,,inni tak robią", ,,a może nie będzie tak źle" itp. jest przygotowywaniem czytelników do kolejnego rozbioru Polski.

    Ukraina niech robi co chce, jest sztucznym tworem, który w swojej dzisiejszej formie nigdy nie powinien był zaistnieć, bo z grubsza licząc, połowa jej ziem należeć powinna do innych państw.
  • @chart 13:44:49
    "...przecież Żydzi już odebrali i nadal odbierają majątki w Polsce, więc co to niby znaczy, "przyjdzie kolej"? "

    To znaczy, że zapłacimy Żydom za odbudowane polskimi rękami warszawskie kamienice - pieniędzmi uzyskanymi ze sprzedaży polskich lasów państwowych, itd.
  • @Lotna 13:06:06
    Jak Pani słusznie zauważyła, im częściej będzie się publikowało tego rodzaju teksty, tym pewniej nastąpi proces oswojenie z faktem, że wyraz granica (państwa) zatraci swoje pierwotne semantyczne przesłanie i stanie się symbolem płynności i niestałości (flux), czyli "sama myśl o zmianie polskich granic, które wiele osób z pokoleń urodzonych po wojnie uważa za święte, przestanie oburzać i bulwersować, tym bardziej, gdy połączona z bajkową perspektywą terytorialnie wielkiej Polski." O to w pisaniu Pana Rękasa właśnie chodzi. Jest to rodzaj eksperymentu z dziedziny inżynierii psychologicznej, którego skuteczności zaprzeczyć się nie da. Większość Polaków na tak im przedstawioną "dobrą nowinę", że stałe granice państwa to przeżytek, z pełną akceptacją tego "faktu" pogrąży się w oczekiwaniu na nadejście nowego polskiego imperium. Będzie to jednak "imperium" bez granic, w sensie dosłownym, a nie przenośnym, jak to się niektórym marzy.
  • @wiedzajestwksiążkach 15:05:04
    "A przecież możliwy jest rozpad Polski. Teoretycznie... o wiele bardziej prawdopodobny, niż powiększenie."

    Z tą świadomością, jak już wcześniej wspomniałam, dokonałam rewizji moich poglądów dotyczących:

    -Powiernictwa Kresowego
    -Partii Zmiana
    -Procesu świadomego podburzania Polaków przeciwko Ukraińcom i Ukraińców przeciwko Polakom
    -Zasiewania w polskich umysłach ziaren rewizjonizmu
    - Polityki zagranicznej rządu polskiego
    - stacjonowania armii amerykańskiej w Polsce

    Zawdzięczam to wszystko Panu Rękasowi. Dziękuję Panie Rękas za otworzenie moich oczu, za mój powrót do politycznego realizmu. Panu Antoniemu Macierewiczowi należą się ode mnie przeprosiny.
  • @AgnieszkaS 23:17:20
    Aaaaj waj, no trzeba było tak od razu:

    - miłośniczka Ukrainy,

    - fanka Macierewicza,

    - zwolenniczka bierności Polaków, przy jednoczesnej aktywności Żydów.

    Uś, teraz wszystko jest logiczne :)

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930