Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
715 postów 323 komentarze

Ani Londyn, ani Bruksela?

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Unia Europejska jako narzędzie odzyskania, a nie utraty niepodległości - przykład szkocki.

 

Wśród Polaków na Wyspach Brytyjskich niewielu jest chyba eurosceptyków, tak silnie, a niesłusznie przecież nasi rodacy swoje prawo i możliwość pracy zagranicą - łączą właśnie z istnieniem Unii Europejskiej. Nie mniej jednak pogląd taki można uznać za dominujący w szerszych, słabiej orientujących się politycznie kręgach naszej diaspory. Ta jednak jej część, która z różnych (najczęściej ideologicznych i pryncypialnie anty-unijnych) względów poparła BREXIT - zgłasza niekiedy wątpliwość i zastrzeżenie, podzielane również przez część krajowych obserwatorów sceny brytyjskiej, a sprowadzające się do kwestii: „Fajni są ci Szkoci, tylko co oni z tą UE?!”. Ciekawe, że to samo pytanie – zadaje sobie także... część samych Szkotów.

 

Nie lubię Anglików, ale przynajmniej pokazali Brukseli!”, „Popieram niepodległość Szkocji, ale po co oni popierają Unię?!” - takie mniej więcej wpisy pojawiły się na forach internetowych gdy do kraju dotarły echa kolejnych decyzji podejmowanych przez parlament i rząd krajowy Szkocji. Jak wiadomo, głosami posłów Szkockiej Partii Narodowej i jeszcze bardziej niepodległościowo nastawionych Zielonych – Holyrood, w ramach swych uprawnień, wezwało władze UK do ogłoszenia kolejnego referendum niepodległościowego - #Indyref2, zaś po fiasku kolejnej rundy rozmów z premier  Teresą May i odrzuceniu przez nią wszystkich kompromisowych postulatów zmierzających do zwiększenia kompetencji krajowych władz szkockich – pierwsza minister Szkocji,  Nicola Sturgeon podpisała wniosek o rozpisanie referendum. Przy czym – co istotne, determinacja większości niepodległościowej parlamentu jest na tyle duża, że pojawiają się coraz liczniejsze głosy na temat możliwości jednostronnego ogłoszenia referendum nawet przy braku oficjalnej zgody Westminsteru. Tyle ostatnich wydarzeń – co jednak z Unią i relacjami Szkocja-UE?

 

By machinator od własnej zginął machiny...”

 

Ano, nie trzeba chyba wyjaśniać dlaczego zagadnienie to ma kluczowe znaczenie dla powodzenia #Indyref2. Po pierwsze – o porażce pierwszego plebiscytu, w 2014 r. w dużej mierze zadecydowała propaganda Londynu, strasząca Szkotów (a ściślej – mieszkańców Szkocji...) groźbą automatycznego znalezienia się ich kraju poza strukturami europejskimi. Referendum było więc m.in. jednym z tych nielicznych głosowań, w którym względnie masowo wzięli udział tamtejsi uprawnieni do głosowania rezydenci - przybysze z krajów UE, w tym zwłaszcza Polacy, dla których znalezienie się poza Unią kojarzy się z automatycznym powrotem do Polski, czyli scenariuszem najczarniejszym z czarnych. Hasła te oddziaływały jednak także na wielu „rdzennych” mieszkańców, nic więc dziwnego, że SNP uznała, iż czas na odwet i pokonanie Londynu jego własną bronią, a więc użycie BREXIT-u jako argumentu dla pro-unijniei nastawionych mieszkańców Szkocji, którzy przed trzema laty głosowali przeciw niepodległości. Niebezpieczeństwo to rozumieją też znakomicie zwolennicy utrzymania jedności UK, stąd też nie tylko kuszą wyborców korzyściami z zakładanego udziału Brytanii w nowym, nieokreślonym jeszcze ładzie geopolityczno-ekonomicznym zapowiadanym przez prezydenta  Donalda Trumpa. Przede wszystkim jednak, słusznie uznając, że mało to konkretne, a i nie do wszystkich musi trafić – lepiej elementu niepewnego się pozbyć, pozbawiając przybyszów/rezydentów prawa głosu nawet w wyborach krajowych na Wyspach. Technicznie byłoby to łatwe to wykonania przez reformę prawa wyborczego (do którego implementowano przepisy unijne w tym zakresie) oraz przesunięcie daty #Indyref2 na po, a nie przed finałem BREXIT-u, którą to datę wskazują w swych żądaniach niepodległościowcy szkoccy.

 

Przede wszystkim więc  „pro-unijność” Szkocji miałaby więc charakter techniczny i użytkowy, będąc narzędziem do rozmontowania znacznie bardziej ciążącej Szkotom i to od 310 lat unii z Anglią. Faktem jest też jednak, że przynajmniej w wypowiedziach większości liderów SNP – przynależność niepodległego już kraju do UE to coś więcej niż hasełko anty-brytyjskie. Holyrood widzi Szkocję jako potencjalnego... beneficjenta BREXIT-u, który jednakowoż sam się od niego wywinął. Premier Sturgeon już wielkim głosem zaprosiła do Szkocji wszystkich „nowych Brytyjczyków”, którzy na południe od Tweed siedzą już prawie na walizkach panicznie bojąc się okrzyczanego „wyrzucania”. Chodzi jednak nie tylko o podebranie zasilania ogólnobrytyjskiemu systemowi emerytalnemu i zastrzyk rąk do pracy dla rozkręcanych antykryzysowych przedsięwzięć inwestycyjnych w Szkocji. Rząd w Edynburgu mruga też do tej części biznesu, której nie podoba się wizja granicy celnej z UE i chętnie pozostałaby w Unii nie ruszając się jednocześnie z Wysp. A zatem pozostanie w Unii to dla 5,5-milionowej Szkocji, wciąż jeszcze zabezpieczonej swoimi złożami ropy – także pomysł socjal-demograficzno-biznesowy i tak też jest traktowany przez partię rządzącą. Co nie znaczy wcale, że całą...

 

Zawsze na przekór

 

SNP ma też własną, długą i jak wszystko w Szkocji zaciętą tradycję niechęci do Wspólnot Europejskich. Jednocześnie jednak śledzenie zmian w podejściu narodowców do integracji europejskiej dobrze pokazuje ich elastyczność, dopasowywanie haseł do oczekiwań elektoratu (co zwłaszcza w ostatnich dwóch dekadach z przekąsem bywa wypominane przez krytyków), ale przede wszystkim podporządkowanie wszystkiego celowi nadrzędnemu – niepodległości. Właśnie dla niej i konsekwentnie starając odróżnić od Londynu – SNP zgłaszała postulat włączenia Szkocji jeszcze do Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, by w latach 60-tych i 70-tych przyjąć platformę twardo oponującą przyłączeniu UK do EWG, krytykując jej „centralizm, biurokrację i elitaryzm”. „Szkocja zbyt wiele wycierpiała wskutek brytyjskiej centralizacji” - argumentowało SNP wzywając w 1975 r. do głosowania na NIE w referendum w sprawie przyłączenia UK do Wspólnot Europejskich. „Nie na cudzych warunkach!” - głosiło hasło narodowców dobrze oddające ich stosunek do relacji Edynburga ze światem. Faktycznie bowiem niemal identycznie uzasadniany jest dziś... opór Szkotów wobec BREXIT-u, jako niezgodnego z oczekiwaniami większości mieszkańców Szkocji (którzy akurat 42 lata temu okazali się najmniej euroentuzjastycznie nastawionymi mieszkańcami UK). Zmiana w nastawieniu Partii nastąpiła dopiero pod koniec lat 80-tych (kiedy z kolei stygła pro-unijność reszty Brytanii), co wiązało się z przyjęciem hasła „Niepodległość w Europie”, rzuconym przez ówczesnego lidera,  Jima Sillarsa oraz wizją „Europy Narodów”, popartą przez SNP i jej coraz liczniejszych europejskich partnerów spośród mniejszych narodów Wspólnoty, co jednak tylko wyciszyło, ale nie usunęło z Partii także zwolenników znacznie luźniejszych więzi z powstającą UE, np. na wzór norweski.

 

Wolna Szkocja

 

Ostatnio jednak sentymenty te, mocno przytłumione i pojawiające się raczej wśród starszej kadry i partyjnych radykałów – znalazły mocne wsparcie. „Chciałbym wstrzymać się od głosu. Nie zagłosowałbym za pozostaniem [Szkocji]w Zjednoczonym Królestwie, ale jednocześnie nie opowiedziałbym się też za jej znalezieniem w jeszcze gorszej Unii. Dotyczy to zresztą sporej ilości osób takich jak ja, które głosowały LEAVE[tj. za BREXIT-em].Ludzie, których znam i z którymi wspólnie prowadziłem kampanie nie głosowali za imigracją. Głosowali LEAVE, ponieważ przeczytali Traktat Lizboński i zdali sobie sprawę, że są rządzeni przez elitę nie poddającą się wyborom” - ogłosił nie kto inny, ale właśnie...Jim Sillars, historyczny przywódca SNP, cieszący się nadal wielkim autorytetem w partii, dystansujący się jednak od jej pro-unijnego stanowiska już w okresie zeszłorocznej kampanii referendalnej, kiedy to był jedną z twarzy ruchu VOTE LEAVE w Szkocji.

 

Zdaniem Sillarsa, niepodległa Szkocja powinna pozostać jedynie członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego (czyli pozostać we wspólnym rynku europejskim), decyzję o ewentualnym pełnym członkostwie w UE zostawiając sobie na bliżej niesprecyzowany termin. Z kolei jak oświadczył Alex Neil, były krajowy minister zdrowia Szkocji „za BREXIT-em głosowało około 400 tys. wyborców SNP opowiadających się za niepodległością kraju” i ich głos „również powinien być brany pod uwagę”. Neil, który swoje poparcie dla LEAVE motywował obawami, że Szkocję w Unii „może spotkać los Grecji”, czyli marginalizacja przez silniejsze państwa - twierdzi, że wie na pewno, iż podobne poglądy ma jeszcze „pięciu lub sześciu” SNP-owskich posłów. Wreszcie sir George Mathewson, były prezes Royal Bank of Scotland i honorowy wiceprzewodniczący niepodległościowego YES SCOTLAND również upublicznił swoje zastrzeżenia wskazując, że słabnąca gospodarka UE bynajmniej nie musi stanowić odpowiedniego wsparcia dla wychodzącej dopiero z kryzysu (głównie paliwowego) Szkocji.

 

Argumenty niepodległościowych zwolenników BREXIT-u zbijają ci ich koledzy, którzy podnoszą, że płonne okazały się nadzieje na podzielenie się przez Londyn kompetencjami choćby w zakresie rolnictwa i rybołówstwa, a postawa premier May nie pozostawia złudzeń, że żadnej dodatkowej władzy Edynburgowi pod jej rządami na pewno nie przybędzie. „Niepodległość w ramach UE nie jest więc doskonała, ale na pewno bliższa ideałowi, niż pozostawanie w związku z Londynem” - uznają niepodległościowi pragmatycy, zaś spór między obiema grupami, mimo wyraźnej przewagi eurozwolenników i dużo spokojniejszego tonu debaty – przypomina nieco różnice zdań w niepodległościowym ruchu irlandzkim przed stoma laty.

 

Ani farthinga!

 

Kto widział kiedyś jak spokojny zazwyczaj Szkot kopie i lży automat do napojów, który ukradł mu pensa – te wie, że pieniądz to w tym kraju sprawa (po)ważna. Dyskusja o przyszłości Szkocji i jej przyszłych relacjach tak z Londynem, jak i Brukselą – nieuchronnie też wraca do problemu waluty, jaką miałaby się posługiwać niepodległa Alba.  Unia walutowa z post-UK, przyjęcie euro albo własny funt  – tak mniej więcej wygląda wybór, przed którymi stoją Szkoci. Pozostanie przy kojarzącym się ze stabilnością (choć słabnącym po BREXICIE) funcie bywa hasłem używanym dla uspokajania niezdecydowanych – wykorzystywanym jednak także przez Londyn do ich... odstraszania zapowiedziami braku zgody na unię walutową. Euro, do niedawno służące zachęcaniu nieprzekonanych mocno straciło na atrakcyjności wskutek kolejnych fali kryzysu. W dodatku Szkocja jako kraj posiadający jednak własną gospodarkę i przemysł (zwłaszcza wydobywczy) mimo niewielkiego zaludnienia słabo pasuje do wzorca pozwalającego na wciągnięcie do strefy euro państwa bałtyckie czy Słowację. Po prostu – pilnujący wszak każdego pensa Szkoci zwyczajnie mają za co i po co prowadzić własną politykę walutową. Sęk w tym, że nawet i teraz nie mają czym. Funt szkocki bowiem, choć płaci się nim w każdym tamtejszym sklepie – formalnie jednak walutą... nie jest, o czym zresztą wie każdy kto próbował go w Polsce wymienić (co przez lata było niemal w ogóle niemożliwe a dziś wiąże się z około 10-procentową stratą kursową, chociaż przecież w Szkocji wymienialność z funtem szterlingiem jest 1 do 1). Mamy bowiem do czynienia formalnie nie z pieniądzem, ale wekslem emitowanym przez Royal Bank of Scotland, Bank of Scotland i Clydesdale Bank – który jednakowoż faktycznie, stosunkowo szybko mógłby stać się pełnoprawnym środkiem płatniczym, co Szkotom sufluje m.in. sam... prof.  Josepf Stiglitz, zasiadający w Radzie Doradców Ekonomicznych premier Sturgeon. „Mówi się, że można przenieść się z obecnego układu gospodarczego do innego, zachowując dotychczasową walutę i utrzymując niektóre inne formy i instytucje. Myślę, że w perspektywie czasu, może to być błąd” - uważa noblista. Jego zdaniem błędem również byłoby przyłączenie się do euro. - Małe kraje mogą i powinny mieć własną walutę, czego przykładem jest Islandia, która przetrwała jeden z najgłębszych kryzysów, w 2008 r. właśnie ze względu na posiadanie własnego pieniądza. Mając do dyspozycji przywróconego szkockiego funta będzie można stymulować szkocką gospodarkę - podkreśla Stiglitz wskazując, że to z kolei miałoby wpływ na obniżenie znaczącego, 9,5-procentowego (15-miliardowego) deficytu budżetu Szkocji odnotowanego w 2016 r. SNP zgadza się ze swoim doradcą w krytyce euro, natomiast oficjalnie stoi na stanowisku „funt [szterling]jest i pozostanie naszą walutą” co pokazuje jak elastyczne i pragmatyczne stanowiska potrafią wyznawać narodowcy – jeśli tylko uznają, że przybliżają one równomiernie nadrzędny cel.

 

Przyglądając się różnicom zdań w szkockim ruchu narodowym (niepodległościowym) trudno oprzeć się skojarzeniu z wcześniejszymi o sto lat doświadczeniami polskich narodowców. Roman Dmowski podobnie, dążąc do pełnej niepodległości Polski – zmuszony był wyartykułować program jej związku z imperium rosyjskim. Trochę podobnie dzisiejsze SNP – dążąc do niepodległości Szkocji widzi drogę do niej w przynależności do UE. Zarówno zaś entuzjaści, jak i krytycy samej Unii muszą przyznać, że cały czas jej przyszłość pozostaje niejasną, w przeciwieństwie choćby do UK, będącego twardym i aż za dobrze znanym Szkotom faktem, teraźniejszością i historią. Choćby dlatego więc trudno się dziwić, że uparci, ale sprytni Szkoci szlak od Londynu do Edynburga – narysowali sobie przez Brukselę. A czy nie jest to droga na manowce – pokaże przede wszystkim #Indyref2

 

See ye efter.

 

Konrad Rękas

iDla uproszczenia rozważań używamy określeń „Unia”, „pro- i anty-unijny” dla UE, a więc w sposób typowy dla polskiej debaty politycznej pamiętając jednakże, że „Union” i „unionist” w rozumieniu polityki Szkockiej oznaczają unię z Anglią oraz zwolenników jej utrzymania...

KOMENTARZE

  • Polacy w Wielkiej Brytanii znaleźli spokojne i zasobne miejsce do zycia
    Polacy w Wielkiej Brytanii nie są ślepi, głusi ani głupi i widzą co robi niemiecka UE z krajami ościennymi, dlatego gorąco i serdecznie wspierają Wielką Brytanie w drodze do zachowania własnej niezależności i godności narodu, tym samym dbają o swój byt. Ci którzy uważają że UE przyczyniła się do rozwoju Polski niech zrobią bilas co Polska zyskała na UE a co straciła i za jakie pieniądze, zadłużenie panstwa i gmin przekracza znacznie poczynione inwestycje, o zniszczeniach przemysłu po PRL-u szkoda wspominać, bo stan zidiocenia narodu poprzez demagogiczne media i pseudo dziennikarzy jest przerażający.
  • @ireneusz 21:48:42
    Unia nie jest niemiecka tylko żydoska, Niemiec w Niemczech ma tyle do powiedzenia co Polak w Polsce ...
  • czy aby to na pewno Polacy ??????????????
    " Polacy, dla których znalezienie się poza Unią kojarzy się z automatycznym powrotem do Polski, czyli scenariuszem najczarniejszym z czarnych._

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930