Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
719 postów 323 komentarze

Groźba ukrainizacji polskiego prawosławia

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Cerkiew w Polsce atakowana przez banderowców.

Atak arcybiskupa  Eustratego,  przedstawiciela nacjonalistyczno-biznesowej sekty nazywającej się "Ukraińskim Kościołem Prawosławnym Patriarchatu Kijowskiego " -  na władykę wrocławsko-szczecińskiego  Jerzego  przypomniał, a niektórym wręcz dopiero uzmysłowił, że istnieje także Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny, o tradycji sięgającej dalej niż 10 stuleci, przez które to wielokrotnie poddawany był ogromnej presji, zmierzającej do pozbawienia tej konfesji elementu polskiego, stanowiącego jej rdzeń i istotę.

 

 I tak jak oddanie inicjatywy prawosławnego w ręce Moskwy, Kozaków i Rosji ostatecznie walnie przyczyniło się do upadku Polski, jak śmiertelnymi błędami były i Unia Brzeska, i Kongregacja Pińska i burzenie cerkwi w II RP - tak i dziś  nie wolno dopuścić do ukrainizacji polskiego prawosławia.  Święci  Cyryl  i  MetodyKonstanty książę Ostrogski,  metropolita św.  Piotr Mohyła, jego XX-wieczni następcy i dziedzice: abp  Jerzy Jaroszewski,  abp  Sawa Sowietow  i metropolita, abp  Tymoteusz, a już tym bardziej wielcy polscy konserwatyści tacy jak  Włodzimierz Spasowicz  -nigdy by nam tego nie wybaczyli.

 

Od zawsze polskie

 

Po pierwsze zdefiniujmy samo pojęcie, odpowiadając na pytania: czy istnieje i czym jest polskie prawosławie? Bardzo łatwe byłoby uznanie, że może i mamy Kościół Prawosławny w Polsce, może i nawet „Autokefaliczny” (cokolwiek ci dewoci i schizmatycy przez to rozumieją), ale żeby jeszcze nazywać go „Polskim”?! To już doprawdy przesada, z trudem mieszcząca się w głowie i „katolickiej prawicy”, i „ateistycznej lewicy”, i nienawidzącym wszelkiej wiary demo-liberałom. Nawet znani „agenci Putina w Polsce” zainteresowali się chrześcijaństwem wschodnim w zasadzie dopiero przy okazji wspólnej deklaracji księdza arcybiskupa  Józefa Michalika i patriarchy  Cyryla  – przy całym entuzjazmie i zainteresowaniu traktując prawosławie jako czynnik wyłącznie obcy i nie zwracając choćby uwagi, że ten faktycznie ważny ruch wykonano praktycznie ignorując polską autokefalię, co było tylko jednym z długiego ciągu błędów, zaniedbań i lekceważeń okazywanych drugiemu nurtowi chrześcijaństwa w Polsce. A ściślej i chronologicznie rzecz biorąc – nawet pierwszemu.

 

Tak, zwłaszcza katolicy w Polsce nie lubią czegoś, co nazywają „teorią” o pierwotności wschodniego chrześcijaństwa na ziemiach polskich albo – co już bardziej zgodne z prawdą historyczną – trafnie wskazują, że penetracja południa Polski przez uczniów Apostołów Słowiańszczyzny dokonywana była wszak przed rozdzieleniem dwóch płuc chrześcijaństwa. Niekwestionowanym faktem jest też jednak choćby obecna i historyczna polskość ziem znanych tysiąc lat temu jako Grody Czerwieńskie – bez wątpienia pierwotnie prawosławnych, ochrzczonych via Kijów z Bizancjum, żeby być terminologicznie ścisłym.

 

W tym punkcie dochodzimy zresztą do kwestii ważniejszej niż przekomarzanie się archeologów na chełmskiej Górce. Teza, że  JEST DZIEDZICEM RUSI POLSKA  denerwuje wielu moich nie tylko ukraińskich, ale i rosyjskich kolegów. Tymczasem mówimy przecież o spostrzeżeniu oczywistym. Nie tylko dlatego, że  Kazimierz Wielki  był prawowitym dziedzicem ostatniego księcia halicko-włodzimierskiego,  Bolesława Jerzego II Trojdenowicza. Także i przede wszystkim, bo to  prawosławni Rusini współtworzyli następnie potęgę I Rzeczypospolitej.  Nie było w tym procesie ani tak głębokiej zmiany i przemieszczenia ośrodka władzy, jak w przypadku Moskwy, ani nagłego przywiązania do cudzego dziedzictwa najpierw gromady zbiegłych pańszczyźnianych chłopów, a potem wykorzystania tej kradzieży przez agnostyczną, masońską inteligencję, jak to miało miejsce przy tworzeniu Ukrainy. O ile więc bez wątpienia żywe tchnienie Rusi wciąż czujemy na Białorusi, trudno byłoby go odmawiać autentycznym Rusinom na Zakarpaciu, ale już w ramach pozostałego peletonu Polska w niczym nie powinna ustępować Rosji i Ukrainie. Historia Rusi jest także kluczowym elementem historii Polski – i odwrotnie!

 

Wspólna chwała i klęska

 

Nie ma większego sensu przypominać chwałę polskiego prawosławia:  Konstanty książę Ostrogski,  choć mistrz obrony – reprezentujący polską ofensywę na Wschodzie i wojewoda  Adam Kisiel, do ostatnich chwil prowadzący akcję defensywną – są tylko najbardziej emblematycznymi przykładami tego zjawiska (na którego fatalnym, równie symbolicznym drugim skrzydle znajdujemy konwersję  Jeremiego księcia Wiśniowieckiego, oznaczającą oddanie inicjatywy w ręce antypolskie...). Niestety, dłuższa jest jednak lista polskich błędów. Jednym z pierwszych było przegranie z Moskwą rywalizacji o podległość kanoniczną prawosławia na ziemiach polsko-litewsko-ruskich, zapoczątkowane już w XV wieku w ramach sporu o metropolię kijowską na tle stosunku do nieszczęsnej Unii Florenckiej. Tymczasem   to państwo polsko-litewskie, a nie Moskwa winno było ustanowić kanoniczny patriarchat, z siedzibą w Kijowie, nie zaś na dalekim północnym-wschodzie!  Jak można było zrezygnować z tak oczywistego handicapu, dającego wymierną przewagę w budowaniu prawdziwie imperialnej pozycji Polski?!

 

Niestety, ale tak już w XV stuleciu, jak zwłaszcza 160 lat później – to uniatyzm fatalnie zaciążył nad sytuacją Polski i Rusi, skutecznie utrudniając, a ostatecznie uniemożliwiając konkurowanie z Moskwą o rządy na Wschodzie. Oddanie inicjatywy ośrodkowi moskiewskiemu, w połączeniu z nieustannym, a całkowicie bezmyślnym i nieuzasadnionym politycznie dążeniem do ograniczenia roli i pozycji Cerkwi na ziemiach ruskich w obrębie państwa polsko-litewskiego – przygotowywało grunt pod całkowitą utratę Wschodu i połączony z tym upadek Polski.  Unia Brzeska była (obok emancypacji Prus i tolerowania stanu Paradis Judaeorum) trzecim gwoździem do trumny naszego kraju.  Zamiast jednak możliwie szybko wycofać się z tego eksperymentu i nie tylko biernie, ale jak najczynniej wesprzeć starania metropolity Mohyły zmierzające do odbudowy polsko-litewskiego prawosławia, zdecydowano się tylko na spóźniony pół-środek, „Paragrafy Uspokojenia Narodu Ruskiego” i to w momencie, gdy trzeba było nie tylko wracać do tego, co było (a już przed Brześciem odbierano i zabierano Cerkwi wiele), ale zdobyć się na ofensywę, odsuwającą myśl oddawania się polsko-litewskich prawosławnych pod protekcję moskiewską. Zamiast tego jednak tylko mnożono błędy.

 

Pomińmy już najlepiej chyba znany i ewidentny, czyli motywowane właśnie wyznaniowo nieco wcześniejsze odrzucenie sekundogenitury Wazów na tronie moskiewskim. Później jednak było nie lepiej.  Dla doraźnych, antytureckich (sic!) celów politycznych w czasach  Sobieskiego  na tyle skutecznie utrudniono relacje polskiego prawosławia z nadrzędnym wobec niego patriarchatem konstantynopolitańskim, że niemal siłą wepchnięto metropolię kijowską w podległość Moskwie! W XVIII wieku hierarchia prawosławna na terenie Korony została i odgórnie całkowicie zlikwidowana, przy czym fakt ten w ogóle nie zwraca jakoś uwagi wszystkich krytyków postawy wyznawców prawosławia w okresie rozbiorowym. Zamiast jednak postarać się choćby w tych fatalnych czasach coś naprawić i uporządkować sytuację wyznaniową na zasadach tradycyjnych – ówczesne elity polskie, zarówno ulegając tendencjom modernistycznym, jak i w konsekwentnym dążeniu do sprowokowania rosyjskiego odwetu sprokurowały mało dziś znany, a bardzo ważny dla historii Polski czyn i akt, znany jako Kongregacja Pińska (1791) ogłaszająca z właściwym tamtemu momentowi tupetem projekt przeorganizowania prawosławia na ziemiach polsko-litewsko-ruskich w duchu nieledwie rewolucji anty-francuskiej. Z punktu widzenia Moskwy był to ruch znacznie bardziej agresywny i wrogi, niż sama konstytucja majowa i sojusz pruski razem wzięte, cel więc przyspieszenia upadku Polski został przez inicjatorów „reform” w pełni osiągnięty.

 

Niedoceniony lojalizm

 

Przydługiego tego rysu historycznego rzecz jasna można by czytelnikom oszczędzić, gdyby dzieje prawosławia w Polsce nie były tak skwapliwie pomijane i/lub nieprawdziwie interpretowano w dominujących przekazach – zarówno tych „patriotycznych”, jak i „europejskich”. Z punktu widzenia naszych rozważań warto zatrzymać się jeszcze przy doświadczeniu związanym z sytuacją prawosławia w II RP i polityką państwa wobec tego wyznania. Przede wszystkim trzeba podkreślić, że walka o polską autokefalię była nie tylko trudna, zaznaczona nie tylko dużą niezgrabnością ze strony wywierających niepotrzebne naciski władz państwowych, ale przede wszystkim męczeńską krwią metropolity Jerzego, zamordowanego przez zamachowca właśnie w odwecie za usamodzielnienie Cerkwi w Polsce. „Nagrodą” ze strony rządów II RP było rozpoczęte w latach 20-tych i trwające właściwie przez całe Dwudziestolecie niszczenie świątyń prawosławnych oraz wymuszanie odstępowania od wiary przez ludność ruską. Również i w tym zakresie kontynuowano najfatalniejszą w skutkach politykę jeszcze I Rzeczypospolitej ślepego popierania uniatyzmu, nacjonalistycznej sekty nowokreowanego „narodu ukraińskiego”, pozorującej swoje związki z katolicyzmem, w istocie zaś ulegającej łatwo najskrajniejszym, pogańskim i barbarzyńskim teoriom i praktykom skrajnego szowinizmu. Również prześladując prawosławie – II RP ułatwiała jego infiltrację czynnikom antypolskim, tak na ziemiach „ukraińskich”, jak i białoruskich. Co ważne zaś – nie działo się to bynajmniej nawet w źle interpretowanym interesie rzymskiego katolicyzmu, wśród hierarchii którego dominował sprzeciw wobec akcji świeckiego państwa przeciw bratniemu wyznaniu.

 

Mieliśmy bowiem i mamy nadal do czynienia z utrwalonym paradoksem.  Oto kolejne formy państwowości polskiej opowiadały się czynnie przeciw prawosławiu – wyznaniu w samej swej istocie cezaro-papistowskiemu, bizantyjskiemu, a więc skrajnie lojalnemu wobec państwa, by równolegle wspierać nacjonalistyczny i jawnie antypolski eksperyment świadomościowo-religijny!  Kiedy władze sanacyjne, obchodzące się w rękawiczkach z „ukraińskim” Kościołem Grekokatolickim rozpoczęły w latach 30-tych akcję burzenia cerkwi prawosławnych –  Stanisław Cat-Mackiewicz  (i jego brat,  Józef) wielkim głosem wołali nie tylko protestując przeciw barbarzyństwu, ale i wskazując racjonalnie na specyfikę międzywojennego prawosławia w Polsce. Oto bowiem składali się nań wierni – w swej masie „tutejsi”, czyli m.in. mieszkańcy Polesia i Nowogródczyzny, nieco bardziej uświadomieni narodowo Białorusini i część Ukraińców oraz pewna grupa bez wątpienia etnicznych Polaków (przeważnie o ruskich korzeniach). Jednak hierarchia Kościoła Prawosławnego w Polsce była w dużej mierze rosyjska, a żeby być zupełnie ścisłym – biało-rosyjska, a więc mająca pełną świadomość, że to Polska jest ochroną przed bezbożnym ludobójstwem sowieckim, czyli wartością w pełni zasługującą na poparcie i ochronę. Cerkiew demonstrowała więc pełną lojalność, pomagała zwalczać infiltrację komunistyczną zwłaszcza na polskiej części Białej Rusi – i dziękowano jej za to represjami.

 

Czy na współczesnej sytuacji prawosławia w Polsce ciąży cała ta historia? I tak, i nie. Tak, bowiem trochę jej jeszcze doszło. Z jednej strony w obecnej atmosferze niektórych musi razić, że ortodoksyjni wierni w duchu żałoby wspominają Operację Wisła, którą znamy jako smutną, ale konieczność. Musimy też jednak rozumieć, że z punktu widzenia Cerkwi żałoba i żal dotyczą ludzkiego, dramatycznego wymiaru tego zdarzenia, co można i należy podzielać rozumiejąc jednocześnie, że odpowiedzialność za cały ten nieprzyjemny, lecz konieczny zabieg ponoszą ukraińscy szowiniści spod znaku OUN/UPA. Ci sami, którzy za cel postawili sobie i podporządkowanie, a wobec oporu – zniszczenie ukraińskiego kanonicznego prawosławia[i]. Z kolei zrozumieć też należy, że nikt jakoś prawosławnym mieszkańcom Polski nie wytłumaczył czemu mordujący ich już po wojnie leśni mieli na szyjach ryngrafy z Matką Boską Częstochowską. Czyli – nawiasem mówiąc – jak najbardziej prawosławną ikoną…

 

Najazd ze Wschodu

 

To wszystko jednak już za nami, choć warto fakty te znać i rozumieć. Znacznie ważniejsze jednak co dzieje się z polskim prawosławiem obecnie. Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny, jak przez wieki, tak i obecnie drugie wyznanie na ziemiach polskich, skupiające (również jak wcześniej) przede wszystkim polskich Białorusinów, Ukraińców i Rusinów, ale i nie małą wcale grupę wiernych bez wątpienia narodowości i tożsamości wyłącznie polskiej. Podobnie też wygląda skład hierarchii i duchowieństwa, prawosławie jest uznanym elementem tożsamości polskiej, Cerkiew ma swoje miejsce w społecznościach lokalnych, nie bez przeszkód, jednak odbudowała swój status własnościowy i przywraca do dawnej świetności świątynie. Polskie prawosławie staje jednak przed kolejnym poważnym wyzwaniem.

 

 

Napływ do Polski imigrantów z Ukrainy, coraz wyraźniej w celu stałego osadnictwa, a nie tylko pracy sezonowej czy edukacji otwiera kwestię właściwej opieki duszpasterskiej nad nimi.  Niestety, doświadczenia w tym zakresie są złe, podobnie jak i swoista międzywyznaniowa „konkurencja”. Przez okres PRL Kościół katolicki przechował w Polsce uniatyzm, kierując się źle (jak się okazało) rozumianą odpowiedzialnością i współczuciem wobec wiernych. Po transformacji grekokatolicyzm okazał się pazerną, agresywną żmiją, łasą nie tylko na rzymskokatolickie kościoły Przemyśla. Ośrodki takie, jak uniacka część Metropolitalnego Seminarium Duchowne w Lublinie, czy „ukrainoznawcze” zakłady i katedry KUL od dawna są rozpoznane jako centra agresywnego ukraińskiego nacjonalizmu. Niestety, ukraińska młodzież przybywa do Polski także by kształcić się i formować kapłańsko – i zostaje tylko utrwalona w swych błędach…

 

Od dawna zinfiltrowany i w dużej mierze tożsamy z banderyzmem Kościół uniacki aspiruje na współczesnej Ukrainie do roli wyznania narodowego, władze kijowskie mają jednak świadomość ograniczenia grekokatolicyzmu do dawnej Galicji. Podobnie nie udała się ekspansja sprowadzonego z emigracji niekanonicznego „Ukraińskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego”. I choć ekipę  Poroszenki trudno uznać za chrześcijańskich wyznawców – postawiła ona na równoległe, a bardziej nawet użyteczne narzędzie, w postaci „Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego”. Grupy, która powstała jeszcze w latach 90-tych na tle finansowo-ambicjonalnym wyczuła swoje 5 minut, tuż po Euromajdanie podejmując agresywne próby przejmowania świątyń i klasztorów, korzystając z wyraźnego wsparcia junty i bojówek neo-banderowskich. I to właśnie z tego kręgu wychodzi dziś atak na polskie prawosławie.

 

Rzecznik UKP PK, „abp” Eustraty zarzucił Polskiemu Autokefalicznemu Kościołowi Prawosławnemu grzech najcięższy: „uleganie wpływom rosyjskim”, co samo w sobie powinno skłonić rząd III RP do rozbierania cerkwi odbudowanych po zniszczeniach spowodowanych przez II RP i PRL. Wspierani przez kijowską sektę banderowcy domagają się wprost ukrainizacji Cerkwi w Polsce, dopasowania języka liturgicznego do wymogów UKP PK, a przede wszystkim przyjęcia popów przysłanych wprost z Ukrainy i zatwierdzonych przez zbuntowaną pseudo-metropolię.  Trudno o lepszy dowód, że obecnie polskie prawosławie wykonuje dobrą robotę, skoro tak bardzo drażni szowinistów zza Buga.

 

Władze III RP bardzo łatwo jest podkręcić za pomocą zarzutu „pro-rosyjskości”, w dodatku mocno są zapamiętane w sprowadzaniu do Polski masy Ukraińców i przy tym nieuczeniu ich niczego. Z kolei prawosławni w Polsce nauczeni są, że lepiej się za głośno nie skarżyć, nie zwracać na siebie uwagi i radzić sobie samemu, byle tylko gorzej nie było. Nawet środowiska niechętne polityce rządu PiS nie bardzo rozumieją problematykę religijną, w tym specyfikę wyznaniowości wschodniej w szczególności. W tej sytuacji polskie prawosławie po raz kolejny jest osamotnione, nie tylko znajdując się pod presją cieszących się wsparciem ekipy Poroszenki sekciarzy, ale także stając przed wyzwaniem samodzielnej pracy duszpasterskiej i wychowawczej wśród przybyszów.

 

Jeśli faktycznie chcemy postawić tamę dżumie banderyzmu zakażającej ukraińską świadomość – musimy z tą epidemią walczyć także w metasferze, w której wielka rola przypada religii.  Polskie prawosławie jak wiele razy w przeszłości jest na pierwszej linii frontu i jak niemal zawsze – walczy i pracuje samotnie. Warto więc, by chociaż ten trud naszej Cerkwi dostrzec i uszanować.

 

Konrad Rękas

8. września 2017 r., w 503 rocznicę bitwy pod Orszą, wygranej dla państwa polsko-litewskiego przez hetmana wielkiego litewskiego, Konstantego księcia Ostrogskiego, wyznawcę i przywódcę polskiego prawosławia.

 

 

KOMENTARZE

  • POPRAWKA KLUCZOWA DLA ZROZUMIENIA PRAWOSŁAWIA POLSKIEGO
    Diabeł miesza w tekście Konrada Rękasa - działając niby przez błahą litrówkę. Chodzi o świadomość - że Polska była z-ewangelizowana na długo przed rokiem 966-tym, kiedy Kościół Święty Matka Nasza był zarówno powszechny (katolicki) i wierny prawdzie (prawosławny). Warto o tym pamiętać że przez pierwsze tysiąclecie od Chwalebnego Zwycięstwa Krzyża te słowa i pojęcia szły w parze wśród chrześcijan, że nie były ani nazwą własną, ani epitetem, ani nie miały charakteru politycznego. Nie zostały przejęte przez Wrogą Siłę. Dziedzictwo Świętego Piotra i Andrzeja było dziedzictwem braci niepodległych wobec Służb Izraelskich, WASP-ów, Gestapo, czy KGB. No, ale po tysiącleciu Wrogowi się udało nas, dzielnych chrześcijan podzielić i trzymać w kajdanach - za pomocą różnych chwytów i sztuczek szatańskich.
    Uprzejmie proszę, by Pan Rękas zamienił niepasujące słowo "przez" na słowo "przed".
    Bardzo dziękuję.
    ==========
    (...) penetracja południa Polski przez uczniów Apostołów Słowiańszczyzny dokonywana była wszak PRZED rozdzieleniem dwóch płuc chrześcijaństwa.
  • @Eugeniusz Sendecki 12:55:22
    Witaj , co nie zmienia jednak powiedzenia . Znajdzie się kij na banderowski ryj .Pozdrawiam . https://www.youtube.com/watch?v=PCFYBTEm1go
  • @Eugeniusz Sendecki 12:55:22
    Dzięki, Gieniu :)
  • Z niechęcią, ale 5*
    To jest temat na trzy części. Jasne, zwięzłe, bez ciągłego skakania po klawiszach historycznej tarantelly.
  • Trzeba
    nie bać ukrainę!
  • @miarka 12:30:58
    (Komentarz poprawiony):
    I co ważne, to podaje się za chrześcijański, a jest tylko pogaństwem w najwyższym stopniu.
    Nie ma religii która by dopuszczała mord jako formę osiągania swoich celów życiowych.
    Znamy mordy rytualne, znamy kult bogini śmierci. - To uniackie jest im bliskie, ale gorsze - to już kult zbrodni, to jest to, co najgorsze w sataniźmie.

    Nic dziwnego, że banderowcy wyrastają przy niej na takie bestie.

    Ta "religia", a raczej ideologia w miejsce religii chrześcijańskiej powinna być natychmiast zdelegalizowana.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930