Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
728 postów 324 komentarze

Dlaczego polscy narodowcy powinni popierać wolną Katalonię

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Sprawa niepodległości Katalonii budzi niespodziewanie dużo wrogości w środowiskach określających się jako „polska prawica”.

 

 

To prawda, że – podobnie jak w przypadku innych narodów dobijających się własnej podmiotowości na Zachodzie Europy – miejscowe partie suwerennościowe mają charakter lewicowy, a w każdym razie socjalny, co naszym dzieciakom wychowanym w kulcie i równania prawica=liberalizm i w ślepym kulcie generała  Franco  kojarzy się jak najgorzej. Pomijając jednak ten drobiazg, że nie jesteśmy Hiszpanami, a zwłaszcza kastylijskimi nacjonalistami/imperialistami, ani że racja Polski nie może być trwale wiązana z żadną ideologią - powinniśmy raczej zastanowić się co starania o wolność Katalonii czy Szkocji mogą oznaczać dla Polski, zwłaszcza geopolitycznie.

 

Zagrożenie etnonacjonalizmem

 

Zarówno Hiszpania, jak i przede wszystkim Francja - pozostają dziś reliktami systemu, który powinien być wyjątkowo wręcz obmierzły każdemu człowiekowi rozumiejącemu znaczenie tradycyjnych wartości dla zdrowego społeczeństwa. Państwa centralistyczne, zbudowane na arbitralnie wymyślonej formule narodowej - to nie tylko dzieci rewolucji (przygotowane jeszcze przez „oświecone” monarchie absolutne), ale po prostu krok przejściowy do kolejnych etapów organizacji świata – obecnej, rządów nad-państw, upozowanych na organizacje międzynarodowe i przyszłej, już bezpośrednich rządów korporacyjnych i kapitałowych. Dla wszystkich krajów o tak zróżnicowanej tożsamości, jak hiszpańska –  wąski etnonacjonalizm jest drogą donikąd,  wręcz odwrotem od dawnej imperialności i całego dziedzictwa wielkości Hispanidad. Niszczenie odrębności krajowych i etnicznych, wpisanych w tysiąclecia historii Półwyspu prowadzone było przez ponad 300 stulecia, kolejno przez pierwszych  BourbonówBonapartych, izabelitów, I Republikę, rządy  Alfonsów, a wreszcie przez frankizm, który jako zasada rządzenia sprowadzał się przecież do zdradzania wszystkich, którzy mu zaufali. Oczywiście więc, o ile do czasu zmiana struktury państwa, jego praktyczna federalizacja - byłaby odpowiedzią na rosnące tendencje odśrodkowe – o tyle w pewnym momencie masa krytyczna zostaje przekroczona i narody aspirujące znajdują się w sytuacji, gdy razem już żyć się nie da, choć osobno jeszcze przez jakiś czas też nie.

 

Separatyzmy jako odrodzenie idei narodowej

 

Ta faza przejściowa musi jednak w pewnym momencie zostać zakończona jedną, czytelną decyzją. A więc zdrowa Hiszpania już dawno powinna zreformować się w kierunku, jeśli nie wprost federalnym, to mocniej jeszcze uznającym prawa narodów większościowych na ich własnych, historycznych terytoriach. Z kolei interes świadomych narodowych elit katalońskich (czy np. także baskijskich) jest równie jasny. Hiszpania jest jednak państwem chorym, jej rozpad może więc okazać się przesądzony. Pytanie brzmi, jaki w tym wszystkim jest interes Polski i odpowiedź powinna być mądrzejsza niż tylko "nie, bo stracimy Śląsk". Czy dziś rozpad państw już tylko w teorii narodowych faktycznie jest tak niebezpieczny? A może przeciwnie, wszak  powstaną naprawdę narodowe Katalonia czy Szkocja, zamiast więc osłabienia i zmierzchu osłabienia idei narodowej - może jesteśmy świadkami jej odrodzenia?

 

Prawdą jest, że zarówno Katalończycy, jak i Szkoci przeciw swym obecnym hegemonom-okupantom wzywają często pomocy europejskiej, co samo w sobie razi euro-niechętną polską „prawicę”. Jest to jednak nie tylko zabieg taktyczny i dowód realizmu tych nacji, ale też i przykład pokonywania wroga jego własną bronią. To prawda, że spora część politycznego przywództwa katalońskiego czy szkockiego zachowuje się, jakby szczerze wierzyła w hasła „społeczeństwa otwartego” itp. – w istocie jednak samo powstanie nowych państw stanowi zaprzeczenie linearnej wizji etnogenezy, w której nacjonalizm i suwerennościowość były tylko etapami służącymi pokonaniu tradycyjnych monarchii w ostateczny celu stworzenia nowego, globalnego ładu, nowej rasy panów i nowych proli na gruzach dawnych podziałów klasowych i narodowych. Wejście na scenę historii starych narodów w nowej odsłonie neguje cały ten scenariusz i udowadnia, że  kwestia narodowa będzie znów najważniejszym tematem politycznym XXI wieku.

 

Polska nie straciła Śląska jako pierwsza uznając geopolityczny absurd i rozbójnictwo w postaci Kosowa. Nie zabezpieczyła też naszych Ziem Zachodnich demonstracyjnie nie uznając Donbasu, czy wcześniej Abchazji, Osetii Południowej, czy Naddniestrza, państw bez wątpienia niepodległych i uzasadnionych w swym istnieniu.  Nie jest więc tak, że separatyzm to jakaś choroba zakaźna, która raz wypuszczona z próbówki nagle zarazi wszystkich wokół.  Niestety, ale chociaż niepodległość Katalonii i Szkocji wydaje się być na wyciągnięcie ręki, podobnie jak i wolny Kraj Basków, zjednoczona Irlandia,samodzielna Flandria, upodmiotowiona Walia czy federalne Włochy, a może nawet niepodległa Korsyka – to jednak nie rozpadną się chociażby Niemcy, co pewnie wielu Polakom podobałoby się najbardziej. Istotą pozostaje jednak kwestia tożsamości.

 

 

Nie pamiętamy i nie rozumiemy

 

Polacy wśród narodów średniej wielkości, a w realiach europejskich wręcz dużych – pozostają ewenementem. Druga wojna światowa i komunizm przemieszały naszą populację i poziomo, i pionowo. Zniknęły i głębsze niż ciekawostki oboczności regionalne, i dawna struktura klasowa. Słabo więc rozumiemy realia państw złożonych etnicznie, nie umiemy też utożsamiać się z aspiracjami narodów mniejszych, wybijających się dopiero na niepodległość – sami już bowiem zapomnieliśmy jak to jest być na ich miejscu, choć przecież oficjalna polska mitologia jest tak „za naszą i waszą wolnościowa”.

 

To w skrzywionych realiach polskich myli się państwo narodowe z centralistycznym. To pomyłka! W państwie narodowym podmiotem jest naród, w centralizmie – alienująca się biurokracja i aparat państwowy. Istotą państwa prawdziwie narodowego musi być samorząd, bo tylko w jego ramach, w kręgu znającej się społeczności zdrowa wspólnota może sama sobą zarządzać, delegując kolejne aspekty władcze w górę, pośrednim systemem przedstawicielskim. Władza idącą w dół, choć niekiedy niezbędna i miła sercu wielu konserwatystów i narodowców ma tę zasadniczą wadę, że jest ograniczona czasowo, przeważnie żywotnością sprawujących ją u samego szczytu jednostek. Oczywiście, elementem trwałym i łączącym oba elementy byłaby monarchia, jednak przecież nawet wiodąca koreańska nauka nie sklonuje  Kim Dzong Una  żeby obdzielić wszystkich tęskniących za suwerenem… Jeśli więc naród ma do wyboru samorządność bez państwowego centralizmu - czy centralizm pseudo-narodowy bez samorządnosci wybór wydaje się prosty.  Kraj sejmików powinien zrozumieć ziemie fueros!

 

A Śląsk?

 

Oczywiście, pozostaje jeszcze kwestia śląska. Fakt, że regionalizm śląski obarczony jest pochodzącą z mocno nieprawego łoża łatką „ślązakowatości” - jest w realiach III RP używany jako argument przeciw nowym państwom w polskim otoczeniu międzynarodowym, a nawet przeciw umacnianiu samorządności na poletku krajowym. To prawda, że postulat autonomii Śląska narodził się w podejrzanym towarzystwie, od którego na milę pachniało interesownością przemieszaną pierwotnie z prostą tendencją do zgrywy i radykalizmu dla samej skrajności. Równoległe eksperymentowanie przez część RAS-iowców z doprowadzonym do absurdu antykomunizmem czy liberalizmem gospodarczym tylko potwierdzały te zastrzeżenia. Jednak przy całym swym nieprawym i niepewnym pochodzeniu – kwestia bycia Ślązakiem niebędącym Polakiem, jeśli nawet na poważnie nie istnieje teraz – to być może zaistnieje w przyszłości. Jeśli jakaś policzalna grupa na poważnie będzie uważać się za naród śląski – to jakoś trzeba się będzie do tego odnieść inaczej niż krzycząc, że im nie wolno. Przed wojną najpierw skopiowanie centralistycznych wzorców III Republiki przez endecję, a potem oddanie rządów w państwie biurokracji przez sanację sparaliżowało II RP i spotęgowało jej problemy, zwłaszcza etniczne. Obserwowany w Polsce odwrót od samorządności,  wtórna centralizacja, przy jednoczesnym przeroście kosztów funkcjonowania państwa jest większym zagrożeniem dla naszego przetrwania czy nawet integralności niż największe choćby sympatie do zachodnich czy wschodnich separatyzmów.  Mówiąc prościej – niezależnie czy uważamy kwestię śląską za naturalną i oddolną, całkowicie sztuczną i sterowaną czy za mix obu tych elementów – prędzej ją rozwiążemy wzmacniając regionalność, niż całkowicie jej przecząc, co czyni obecny rząd, a i poprzednie nie były wiele lepsze.

 

Reasumując, przyglądając się drodze do niepodległości, którą chyba już nieodwracalnie podążają jako pierwsze Katalonia i Szkocja – powinniśmy przede wszystkim kierować się interesem polskim i prawdziwymi, a nie pozornymi analogiami i skojarzeniami. Przede wszystkim zaś musimy pamiętać, że cały system geopolityczny Zachodu jest dla Polski pułapką, zatem jego dekompozycja, także przez "nowe" nacjonalizmy – bezpośrednio służy polskiemu interesowi narodowemu i polskiej racji stanu.

 

Konrad Rękas

KOMENTARZE

  • Kwestia tożsamości
    Krótko mówiąc, mamy dzisiaj do czynienia z zagrożeniem tożsamości ludów i osób w imię jakiejś bezkształtnej, bezpostaciowej "europejskości". Ta bezkształtność jest dzisiaj największym zagrożeniem w sferze kulturowej, i politycznej, i społecznej, i dlatego należy wspierać wszystkie ruchy mające na celu ochronę i pogłębienie tego, co nazywam zakorzenieniem.

    Prawdę mówi Autor, pisząc, że Polacy zapomnieli, co to znaczy być u siebie, na miejscu. Bez tego, żadne reformy nie uchronią przed kolejnymi falami emigracji "za chlebem", maskowanymi zwykle hasłami "wybieram wolność" czy "dość mam tego burdelu w Polsce".
  • @PiotrZW 11:06:44
    Jedność Hiszpanii a polska racja stanu. Z punktu widzenia Polski kibicowanie katalońskim separatystom jest pomysłem zgoła samobójczym. Warszawa powinna stać na straży zasady niezmienności granic w Europie, gdyż najgroźniejsze zmiany mogą zaistnieć w jej najbliższym otoczeniu (Ukraina).
    W tym kontekście nie dziwi, że hiszpańska wersja „Russia Today” wspierała katalońskie „prawo do decydowania o swoim losie”, a prorosyjskie konta na Twitterze brylowały w atakach na okrucieństwo rządu w Madrycie. Jeśli do tego dodamy, że politykiem, który jak dotąd najgłośniej wezwał do utrzymania jedności Hiszpanii, był Donald Trump, to otrzymamy całkiem spójny obraz.

    Hiszpania, w przeciwieństwie do państw rdzenia UE, nie jest antyamerykańska, może też być naszym potencjalnym sojusznikiem w walce z dominacją państw wielkich nad małymi w ramach UE. Taki sojusz sprawdził się już w latach 2003–2004, gdy wspólnie zawetowaliśmy niekorzystny dla nas projekt konstytucji UE, a i ostatnio premier Mariano Rajoy wsparł Polskę w sprzeciwie wobec francuskiego pomysłu ws. pracowników delegowanych. Polskę z Katalonią dzieli zaś z pewnością podejście do kwestii imigracji muzułmańskiej. Zbuntowana prowincja już dzisiaj jest regionem z największym odsetkiem muzułmanów, których lokalne władze przez długie lata zachęcały do osiedlania się, co miało spowodować ograniczenie napływu przeciwnej separatyzmowi ludności z innych regionów Hiszpanii. Nie mamy więc żadnego interesu w istnieniu Hiszpanii słabej, ogarniętej chaosem ani tym bardziej uszczuplonej terytorialnie.

    Paliwo dla separatystów

    Tym bardziej musi dziwić, że wiele polskich mediów nie wzięło pod uwagę tych wszystkich zależności, koncentrując się głównie na brutalności działań policji czy też na utyskiwaniach na Komisję Europejską milczącą w sprawie policyjnej akcji w Barcelonie, a tak aktywną w sprawie niedawnych protestów w Polsce. I choć w istocie ingerencja Komisji w wewnętrzne sprawy Polski była skandaliczna i źle się przysłużyła samej UE, to jednak gra o Katalonię jest dużo bardziej skomplikowana.

    Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że premier Mariano Rajoy wybrał rozwiązanie najgorsze z możliwych. Niedzielna akcja policji dała dokładnie to, czego separatyści oczekiwali: filmy z szarżami funkcjonariuszy i informacje o setkach rannych. Aż trudno uwierzyć, że w dzisiejszym świecie, w którym opinia jest przeważnie wyrabiana na podstawie pojedynczych obrazów, obdarowano separatystów takim prezentem. Reakcja policji była wystarczająco ostra, by zapewnić sprawie niepodległości pierwszych męczenników, a jednocześnie na tyle nieskuteczna, że nie zablokowała ruchu do lokali wyborczych, umożliwiając tym samym Generalitat podanie wyników, które dla niektórych mogą się wydawać wiarygodne.

    Niezawieszona autonomia

    Największy błąd Rajoy popełnił jednak w ostatnich tygodniach, właściwie nie reagując na ogłoszone już w czerwcu „referendum” i nie podejmując żadnych poważniejszych prób, by uniemożliwić jego przygotowanie. Premier miał w swoich rękach stosowny instrument. Jako że owo „referendum” zostało uznane za niekonstytucyjne, powinien wykorzystać art. 155 hiszpańskiej konstytucji, według którego w razie buntu prowincji można tymczasowo zawiesić jej autonomię. Krok ten doradzali mu nawet jego przeciwnicy polityczni (liberalna partia Ciudadanos, a nawet niektórzy socjaliści, jak były premier Felipe González czy baronessa Andaluzji Susana Díaz), jednak Rajoy się na niego nie zdecydował, a służb użył dopiero w chwili, gdy ludzie wyszli na ulice, czyli w najgorszym momencie.

    Oczywiście policyjnej przemocy pochwalać nie wolno, ale od razu widać, że obraz tych wydarzeń w polskich mediach został zmanipulowany. Dotyczy to m.in. liczby ofiar. Bardzo dziwi, że media bez większego zastanowienia wzięły liczby podawane przez katalońską Generalitat – czyli stronę sporu – za pewnik. Okazuje się bowiem, że spośród tych „893 rannych” przypadków zgłoszonych było ledwie 73 – i to zresztą też według danych Generalitat – czyli różnica jest wystarczająco duża, by pokusić się o chwilę refleksji. „Straty ludzkie” tych wydarzeń na razie wynoszą jedno wybite oko, czyli tyle samo, co podczas manifestacji rolniczych w Cieni w 2003 r., gdy policja ministra Janika z SLD również strzelała gumowymi kulami do protestujących, co nie spotkało się wówczas z większym zainteresowaniem ze strony mediów. W wypadku Katalonii prawo zaś było zdecydowanie po stronie hiszpańskiej policji.

    Akcja w krymskim stylu

    Podobnie rzecz się ma z wynikami „referendum”. Bez większego problemu można było głosować kilka razy w różnych lokalach wyborczych (odpowiednie zdjęcia są w internecie), do tego nie trzeba nawet było mieszkać w Katalonii. Brakowało za to stwarzających przynajmniej pozory obiektywizmu komisji, kart do głosowania (należało je wydrukować w domu) i spisów wyborców, stąd też w dniu „referendum” (!) podjęto decyzję, że wyborcy będą mogli głosować w dowolnym lokalu, a nie tylko w tym, do którego zostali początkowo przypisani. Cała akcja od początku do końca przebiegała więc w stylu krymskim, ale nasze media – od lewa do prawa – podały wyniki, jakby rzeczywiście odbyły się normalne wybory. Wymieńmy kilka przykładowych tytułów: „90 proc. Katalończyków chce opuścić Hiszpanię” (telewizja Republika), „Katalonia wybrała niepodległość” („Rzeczpospolita”), „Miażdżące zwycięstwo zwolenników niepodległości” („Polska. The Times”), „Katalonia za niepodległością” (Onet.pl).

    Wreszcie należy oprzeć się pokusie obserwowania tych wydarzeń przez pryzmat konfliktu: rząd Rajoya vs Katalonia, czy też ożywiania wojny domowej z lat 1936–1939. Rzeczywistość jak zwykle jest dużo bardziej skomplikowana. Po stronie jedności Hiszpanii jest nie tylko rządząca centroprawicowa Partia Ludowa (choć konserwatyzm Rajoya ogranicza się właściwie do konserwowania reform Zapatero), ale i główna siła opozycyjna – socjaliści z PSOE (tak, obie strony wojny domowej zbliżyły się bardzo do siebie w sprawie Katalonii), choć de facto żadna z nich nie była za podjęciem zdecydowanych kroków względem separatystów. Za to do takowych zachęcali liberałowie z Ciudadanos (co ciekawe, należący do tej samej grupy ALDE co Nowoczesna Ryszarda Petru, ale mający za to zdecydowanie wyższy stopień odpowiedzialności za państwo), na czele których stoi… Katalończyk Albert Ribera. To zresztą jest zupełne normalne, bo znaczna część mieszkańców regionu do nacjonalistycznych pomysłów podchodzi z przerażeniem, wielokrotnie też jest prześladowana. Spośród partii ogólnohiszpańskich za rozpisaniem referendum była jedynie radykalnie lewicowa i prorosyjska partia Podemos, której lider Pablo Iglesias w swoich publikacjach negował istnienie niemiecko-sowieckiej współpracy w 1939 r., a obecny rząd Ukrainy uznaje za „neonazistowski”.

    Innymi słowy, Polska ma wiele powodów, by wspierać starania rządu w Madrycie o zachowanie jedności Hiszpanii, i warto, by nasza opinia publiczna miała tego świadomość.



    Autor Bartosz Kaczorowski jest doktorem nauk humanistycznych, adiunktem w Katedrze Historii Powszechnej Najnowszej Uniwersytetu Łódzkiego

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031