Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
743 posty 333 komentarze

Akcja Krokus

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Ludzi jest jednak strasznie łatwo wpuścić w maliny. W zasadzie zresztą oszukują się sami, wystarczy im to tylko umożliwić.

 

 

Po prostu, człowiek, nawet pozornie twardo chodzący po ziemi – jest z istoty swej marzycielem i bardzo łatwo od tego, co jest – ucieka w to, co chciałby, aby było. Czyli np. kiedy słyszy o zburzeniu Pałacu Kultury – to wyobraża sobie piękne centrum Warszawy, kiedy mu zapowiadają obniżenie limitów prędkości – marzy o powszechnym bezpieczeństwie na drogach. Pokazują wizualizacje nowych dróg i gmachów - łyka jak pelikan. A kiedy podsuwają zmiany w zasadach sprzedaży alkoholu – wierzy, że wszyscy wytrzeźwieją. Jak strasznie łatwo abstrahujemy od rzeczywistości, od fatalnej praktyki naszego państwa, od marnych kadr urzędniczych, od korupcji, od zwykłej, powszechnej i wszechogarniającej głupoty. A przecież to jest Polska. I co może pójść źle – to pójdzie.

 

Chodzi o władzę i pieniądze

 

Projekt PiS dający samorządom prawo zakazywania sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych i to w wybranych częściach danej gminy - to kolejny projekt potencjalnie korupcyjny.  Pozwala bowiem na bardziej niż dotąd uznaniowe odbieranie koncesji, stawia również gminy w przewadze wobec detalistów, których zawsze będzie można oskarżyć o "nadmierną koncentrację sprzedaży" - i wziąć w łapę za niewprowadzanie zakazu. Albo wprowadzenie go dwie ulice dalej, dla konkurencji. I właśnie w tych i tylko w tych kategoriach, administracyjno-politycznych powinien być oceniany, bez odnoszenia się do „moralności”, „zdrowia narodu” i tym podobnych kwestii.

 

Problem z regulacjami dotyczącymi picia, palenia, motoryzacji i jeszcze paru dziedzin życia w ogóle jest taki, że problematyka żywotnie interesuje jedne grupy ludności, a inne wręcz z niej żyją. I od słowa do słowa dyskusja się robi nie na temat. Bo - wbrew pozorom - właśnie NIE NA TEMAT jest rozważanie czy Polacy piją za dużo, za mało czy w sam raz. Gdyby rząd wprowadził nakaz chodzenia po ulicy w kaskach - czy rozmawialibyśmy o urazach głowy? Nie, od razu zauważylibyśmy, że albo ktoś zwariował albo/i wziął w łapę od producentów kasków. Podobnie jest z ograniczeniem godzin sprzedaży alkoholu. Przecież władza z natury swojej ma w nosie i polskie zdrowie, i wydajność pracy. Interesujące jest tylko, czy dzięki nowym przepisom samej władzy właśnie i okazji do brania łapówek będzie więcej.I to jest właściwy temat wszelkich takich rozważań.

 

Najlepsze intencje kończą się niemal zawsze złodziejstwem i absurdem.

 

Swoją drogą zresztą, skoro PiS takie jest niby zawzięte na "relikty komunizmu" - to czemu nie zburzy najbardziej oczywisto absurdalnego, czyli ustawy o wychowaniu w trzeźwości? Przecież powstała ona tylko dlatego, że mieliśmy niepijącego dyktatora, który w dodatku chciał wykonać gest w stronę Kościoła i jeszcze w dodatku podobny eksperyment prowadzono u Sowietów. Tak, właśnie tak było. W latach 80-tych spotkały się racje marzących o socjalistycznej odnowie władz, chcący w ten sposób podnieść wydajność pracy – i duchowieństwa, które w spadku po niedawno zmarłym prymasie  Wyszyńskim  odziedziczyło jego uraz do alkoholu, „Krucjatę” itp. I jak to zwykle bywa z dobrymi intencjami i szlachetnymi pobudkami – wyszło idiotycznie.

 

Już nie wracajmy nawet do osławionej godziny 13 (nb. na Litwie docelowo obowiązywać ma zakaz sprzedaży alkoholu w niedziele OD godziny 15 do poniedziałku o 10 rano…). Życie już dawno przerosło wszystkie kawały na ten temat. Kiedy wójt chce zamknąć bar czy sklep, który nie dał łapówki (albo co gorsza popiera konkurencyjnego kandydata) – stawia się przy szkole dobudówkę, żeby ją w ten sposób „przysunąć” do miejsca sprzedaży alkoholu – i odebrać koncesję. Można też w bardzo prosty sposób zatruć życie i narobić obory nielubianemu sąsiadowi. Oto wystarczy złożyć zawiadomienie do gminnej komisji rozwiązywania problemów alkoholowych, że osoba bliska - bo któż przecież bliższy, od sąsiada! - wydaje się mieć problem z nadmiernym spożyciem. Komisje lubią takie donosy, mają praktykę ich procedowania, dzięki temu uzasadniając swoje istnienie. Najpierw zarządzają wywiad środowiskowy. Dzielnicowy idzie więc na dzielnię i rozpytuje, czy rzeczony sąsiad jest alkoholikiem. Kiedy ten zacznie się już zastanawiać czemu panie w sklepie przestały mu się odkłaniać - przychodzi wezwanie przed komisję, oczywiście pod rygorem doprowadzenia. Stawia się więc, musi odpowiedzieć na szereg niewinnych pytań w rodzaju jak często bije żonę po wódce, a następnie zostaje również PRZYMUSOWO skierowany na 1-2 tygodniowe badania w odpowiedniej poradni antyalkoholowej. Oczywiście, przeważnie na tym się kończy i sąsiad nie spędza następnych miesięcy na leczeniu zamkniętym. Wraca więc na dzielnię, gdzie już dalej spokojnie cieszy się sławą menela. A wszystko dzięki dobrym ludziom, którzy też kiedyś uznali, że "Polacy piją za dużo"…

 

Inny bękart teorii i praktyki niby to „antyalkoholowej” – to izby wytrzeźwień. Absolutny potworek prawny – bo przecież teoretycznie lista możliwości i instytucji mających uprawnienie do ograniczenia wolności obywatela jest znana i nader ograniczona, podobnie jak i zakres powodów i celów, dla których takiego ograniczenia się dokonuje. A tu zupełnie obok podstawowych praw i wolności obywatelskich – wciąż w niektórych miastach funkcjonują sobie twory, w których zamyka się na naście godzin ludzi, którzy nie naruszyli prawa (bo bycie pijanym na szczęście jeszcze w Polsce przestępstwem nie jest), każe się ich finansowo (bo taki jest w istocie wymiar horrendalnych opłat „za pobyt”) i rzadko tylko, najczęściej po cichu i tłumacząc to względami li tylko finansowymi – udaje się takie przybytki zlikwidować. Zawsze bowiem skuteczny okazuje się szantaż „moralny”, oparty na wspomnianym na początku  nadmiarze oderwanej od realiów wyobraźni w połączeniu z brakiem analizy ryzyka. Tak jak bojącym się aut babciom daje się łatwo wmówić absurd, że skoro przy obecnych ograniczeniach prędkości na drogach do 50 km/h ścigający się jeżdżą 150 – to pomoże obniżenie limitów do 40, tak przeciętny przepytywany przez kamerę na ulicy chętnie zapewne pochwali izbę, wyobrażając sobie, że siedzą tam jakieś awanturujące się po pijaku zbiry. Tymczasem tacy – trzeźwi czy pijani trafiają (jeśli już) na policyjne izby zatrzymań, a do wytrzeźwiałki prędzej trafi sam popierający, jeśli przyśnie na przystanku wracając z imienin u szwagra.

 

Realizm kontra doktryny

 

A jak jest gdzie indziej, skoro u nas (jak zwykle) głupio? Spójrzmy na UK. Ktokolwiek był na ulicach brytyjskich miast w piątek wieczór, ten wie, że polskie picie przy ich piciu, - to szkółka niedzielna. Polska policja mogłaby pijanych zbierać kombajnami. A co robią bobbies (nb. uchodzący skądinąd za raczej brutalnych i z szybkimi rękoma)? Nawet jeśli postanowiłeś się chwilkę zrelaksować i uciąć drzemkę w drodze między klubami – możesz liczyć najwyżej na ostrożne obudzenie i uprzejme przepytanie, czy pamiętasz z grubsza gdzie mieszkasz, wiesz jak tam dojść i czy ci ewentualnie nie zawołać taksówki. W wersji optymalnej nawet sami cię podwiozą. Można? Można, jeśli nie traktuje się ludzi po pierwsze jak bydła, po drugie jak dzieci, a po trzecie jak durniów do wydojenia.

 

I przeciwnie – znam też kraje prohibicyjne. Oprócz wspomnianej Litwy – pamiętam np. pewną oficjalną wizytę w Szwecji. Choć gospodarze podejmowali nas głównie czipsami – na rewizytowy bankiet polski, urządzony w Falun, w siedzibie tamtejszej najstarszej w Europie nieprzerwanie od XIII wieku działającej spółki akcyjnej dla miejscowych VIP-ów przywieźliśmy nie tylko własny kwartet klarnetowy, kucharzy, pieczonego świniaka i resztę wałówki, ale też zapas alkoholu liczony wg klucza weselnego: 200 butelek czystej, 100 kolorowej i 500 puszek piwa (nie napiszę oczywiście jakiego, ale nadmienię, że reprezentowaliśmy lubelskie, a królowa może być wszak tylko jedna…). Szwedzcy kucharze (tak, tak jak ten z Muppetów) oderwali się wówczas od kontemplowania wieprzka w całości i po krótkim przeliczeniu poinformowali nas, że wg ich kryteriów jest to ilość na 1.000 osób. Kiedy bankiet dobiegł końca, to znaczy to zjedzenia zostały tylko nieruszone bigos i smalec – cała śmietanka towarzyska Dalarny, sztuka w sztukę, w smokingach i sukniach balowych żegnając się pytała o to samo: czy mogą wziąć na wynos. I tak kolejne pary VIP-ów wypływały w zestawie: po flaszce w kieszeniach płaszczy, piwa ile weszło do torebek. W całym wojewódzkim mieście (a to znaczy, że także w regionie) był jeden (słownie: jeden) sklep z alkoholem, otwarty przez kilka tylko godzin raz w tygodniu, w piątek. Kolejka do niego zakręcała bardziej niż rząd maluchów po paliwo za komuny. W soboty do kilku miejscowych pubów z wyszynkiem nie dało się wsunąć niczego grubszego od serwetki, a pito twardo, szybko, bez zbędnego gadania i wyłącznie na umór. Nic dziwnego, że kiedy prom ze Szwecji dociera do Danii – jego pasażerów Duńczycy nazywają z typowo skandynawskim ciepłem „nasi czworonożni przyjaciele”. Litwini z kolei, nie mając gdzie płynąć – z obłędem własnego rządu radzą sobie po staremu, przemytem z Białorusi i bimbrownictwem.

 

Znamy też realia mniej lub bardziej na poważnie prohibicyjnych krajów islamskich. W Iranie, który w przeciwieństwie do krajów arabskich sprawy koraniczne traktuje poważnie – skoro alkoholu ma nie być, to naprawdę nie ma i nawet torby przylatujących do Teheranu bywają prześwietlane w poszukiwaniu niedozwolonej jednej choćby flaszki wina (a drinka czy piwa nie da się wypić na pokładach samolotów nieirańskich linii latających do Persji). Na szczęście, są jednak jeszcze miejscowy chrześcijanie, głównie Ormianie, którym tradycyjne państwo przywilej propinacji gwarantuje. I jakoś idzie wyżyć, nawet nie pędząc samemu wina z owoców, ani ograniczając do bezalkoholowego piwa o smaku mango. W zupełnie niemal nie ortodoksyjnej Bośni jeszcze rok temu na całej  Bascarsiji  była tylko jedna, oczywiście serbska knajpa, w której można się było napić piwa. Dziś jest ich już bodaj pięć, bo wystarczy, że muzułmanin weźmie sobie na wspólnika chrześcijanina i już grzechu nie ma sprzedając giaurom tę straszną truciznę.

 

 

Po co to wszystko opisuję? Dla uzmysłowienia, że owszem – po pierwsze da się siedzieć całą noc przy kawie i herbacie, co widać na ulicach islamskich miast – jednak musi to być  utrwalony zakorzeniony nakaz kulturowy, a nie nagły napad inżynierii społecznej. A po drugie – że każdy, kto zna Arabów, jak najbardziej wierzących mieszkających czy przyjeżdżających tam, gdzie alkohol jest oficjalnie i w pełni dostępny, a także Szwedów i innych – ten wie też co takie ograniczenia, nakazy, zakazy i obyczaje w istocie są warte.

 

Nie zachęcaj, nie namawiaj, nie zmuszaj

 

Można to nazwać (złośliwie?) liberalizmem, ale ja po prostu  nie wierzę, że da się za drugiego człowieka przeżyć jego życie. Nie żyjemy już, niestety, w ładzie chrześcijańskim, w którym samobójstwo było zbrodnią. Jeśli ktoś zechce się nawet na śmierć zapić – to niczego się na to nie poradzi. W takiej formie, jak zaproponowano – nowe przepisy nie wpłyną zresztą w ogóle na „zdrowie narodu”, tylko po prostu zmęczą ludzi, którzy będą musieli jeździć po flaszkę do sąsiedniej gminy. We wspomnianym już UK, gdzie obowiązuje zakaz sprzedaży alkoholu między 22 a 10 – zarabiają na nim Polacy proponujący flaszki nawet z dowozem do domu. Natura nie zna i nie znosi próżni, a w  naszym kraju ludziom się wystarczająco ciężko, szaro i ponuro żyje, żeby zmuszać jeszcze ludzi do kombinowania w sprawie tak prozaicznej, jak wypicie piwa po pracy. Już  w skutek obowiązywania obecnej ustawy antyalkoholowej w Polsce - rok rocznie marnowane są miliony złotych  na różne idiotyczne ciała, tak przeideologizowane jak Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych i będące takim przejawem korupcji politycznej, jak gminne komisje antyalkoholowe. Tymczasem, jeśli już koniecznie -  wystarczyłby krótki i prosty zapis w ramach przepisów ogólnych odnośnie ewentualnej regulacji sprzedaży i wyszynku alkoholu. Kropka.

 

Teoretycznie wprawdzie, gdybyśmy wciąż nie mówili o Polsce, kraju niewolników myślących, że są Kmicicami – można by nawet cieszyć się, że PiS nie tylko utrudnia zwykłym ludziom normalne życie, ale jeszcze upiera się, żeby wytrzeźwieli. W końcu kiedy swoją krucjatę przeciw wódce poprowadził  Gorbaczow – nasi słowiańscy bracia po przetrzeźwieniu zaczęli się dopytywać gdzie się car podział. Niestety, tu jest Polska, więc nawet bez naszej gorzałki – pocieszycielki i tak się nie zbuntujemy przeciw złodziejom i wariatom, którzy nami rządzą.

 

Konrad Rękas

KOMENTARZE

  • Autor
    "Projekt PiS dający samorządom prawo zakazywania sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych i to w wybranych częściach danej gminy - to kolejny projekt potencjalnie korupcyjny."/Chart/

    Wszystko w naszej rzeczywistości może być potencjalnie korupcyjne. Ja nawet mogę przypuszczać, że Panu za ten przeuroczy felieton coś do kieszeni skapnie od producentów i dystrybutorów gorzały. Sam Pan nie tak dawno ogłosił, że na tym świecie liczą się tylko pieniądze.

    P.S.
    Napisane z weną i animuszem. Ocenę ode mnie otrzymał Pan jednak za treść, nie za formę.
  • @AgnieszkaS 19:49:24
    Po co płacić ludziom, gdy robią coś za darmo? :)

    Realia samorządów w Polsce są natomiast takie, jakie są. I jakie opisałem.
  • Plusy dodatnie, plusy ujemne
    https://youtu.be/iIqAPgN0wo4

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031