Gorące tematy: COVID-NEWS Antypartia Ruch Oporu 2020 Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1169 postów 575 komentarzy

Piłsudski i Stalin – ci, których nie było pod Warszawą

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

To się niepotrzebnie zlewa w polskiej świadomości, podczas gdy w istocie bitwa warszawska (czyli obrona, a następnie kontrofensywa polska na przedpolach stolicy) i cała operacja warszawski-puławska - to nie są synonimy. Pierwsza była częścią drugiej.

 Dla bitwy warszawskiej decydujący był opór i zdecydowane dowodzenie gen. Władysława Sikorskiego, a przede wszystkim zmysł strategiczny objawiony niespodziewanie przez gen. Józefa Hallera we współpracy z gen. Włodzimierzem Zagórskim, którzy wyczuli najlepszy moment dla przejścia 5 Armii do działań ofensywnych. Zgodnie ze stanem wiedzy wojskowej na rok 1920 - Warszawę od wschodu można było zdobyć na dwa sposoby: Dybicza, czyli atakiem na wprost (który zakładał – jak zwykle błędnie – Piłsudski) oraz Paskiewicza, czyli obejściem od zachodu, przy kierunku natarcia na Płock. Gdyby Sikorski nie wytrzymał nad Wisłą i Wkrą i gdyby Haller z Zagórskim nie przekonali go do kontrnatarcia (w chwili, gdy Piłsudski sam stał w miejscu i wszystkim zainteresowanym kompletnie bez sensu zalecał dokładnie to samo) – przegralibyśmy nie tylko bitwę warszawską, ale i wojnę 1920 roku.

 

Cała operacja nadwiślańska to zaś tylko i wyłącznie zasługa gen. Tadeusza Rozwadowskiego, zepsuta niestety przez Piłsudskiego i to podwójnie: najpierw przez zmianę planów (rezygnacja z szybszego, płytszego kontruderzenia spod Garwolina na rzecz szerokiego obejścia od Puław, które ostatecznie poszło w próżnię) oraz przez niewolnicze trzymanie się na ślepo założonych terminów i nieprzyspieszenie kontrofensywy (mimo ponagleń Rozwadowskiego i Hallera, znających przecież lepiej sytuację w polu), przez co nie uzyskała ona strategicznego celu - likwidacji sił bolszewickich w kotle warszawskim.

 

W istocie bowiem Piłsudski pozował na wielkiego napoleończyka, a nie rozumiał fundamentalnej zasady wojny Bonapartego - że celem bitew nie jest samo ich wygrywanie, tylko niszczenie zdolności strategicznej przeciwnika.

 

Co przegraliśmy w 1920 r. 

 

Przez błędy Piłsudskiego trzeba było cały zabieg powtarzać jeszcze raz nad Niemnem (gdzie zresztą też popsuł plan Rozwadowskiego), na szczęście sytuacja polityczna przeważyła się na korzyść Polski i bolszewicy, zapewne także zrażeni przebiegiem kampanii polskiej - woleli wrócić do rozmów pokojowych. Tych samych, które Piłsudski zerwał rok wcześniej WYŁĄCZNIE dla ulokowania w Kijowie namaszczonego przez międzynarodowe środowiska masońskie starszego stopniem brata, Semena Petlurę. Post factum mogli sobie piłsudczycy opowiadać co wola, ale cała wyprawa kijowska, która sprowadziła nam bolszewików pod Warszawę - była z gruntu sprzeczna z elementarnymi zasadami wojny (zwłaszcza napoleońskiej). Jej cel był WYŁĄCZNIE polityczny - instalacja Petlury. Gdyby bowiem chodziło o zwycięstwo wojskowe - należało przede wszystkim spróbować oskrzydlić i rozbić (niechby i nacierając przez Ukrainę, ale na północny, a nie południowy wschód) armie bolszewickie koncentrujące się na Białorusi. Piłsudski jednak nigdy żadnym żołnierzem, a co dopiero wodzem nie był - i dotkliwie to udowodnił, tak pod Kijowem, jak i pod Warszawą.

 

Oczywiście jednak, dla opinii publicznej per saldo ważne było samo ocalenie Warszawy, no i finalny koniec wojny - jednak z czysto militarnego punktu widzenia operacja warszawsko-puławska była przedsięwzięciem niewykorzystanych możliwości. W międzyczasie przegraliśmy plebiscyt na Warmii i Powiślu, straciliśmy Zaolzie, a nasze zaangażowanie na Śląsku było niewspółmiernie małe wobec znaczenia tego regionu dla Polski. Gdybyśmy nie bawili się z lożowe zlecenia w Kijowie – być może moglibyśmy rozwiązać problem zupełnie niepotrzebnej państwowości auksztockiej w Kownie itd. Niemal wszystko, co mogło się wydarzyć ZAMIAST tej nieszczęsnej wojny 1920 roku – mogło dać znacznie korzystniejsze rezultaty sprawie polskiej i naszej racji stanu.

 

Lekcja 1920 

 

Również kończące wojnę rokowania ryskie – nie zostały przez Polskę wygrane i jest już wyjątkową bezczelnością piłsudczyków uciekanie od odpowiedzialności za ten fakt. Za wynik negocjacji z bolszewikami odpowiadają bowiem – dokładnie w tej kolejności: Józef Piłsudski, naczelnik państwa, Eustachy Sapieha, konserwatysta, niewątpliwy piłsudczyk, minister spraw zagranicznych, Jan Dąbski, ludowiec, piłsudczyk (wówczas), wiceminister spraw zagranicznych, szef delegacji polskiej na rokowaniach. Z całej tej trójki jeden Piłsudski sądził, że wie co robi – i znowu się mylił, opierając na nadziejach na wznowienie wojny już za kilka lat, w domniemanie korzystniejszych warunkach, już wówczas suflowanych swojej agenturze w Polsce przez brytyjskiej kręgi polityczne. Biedny naczelnik nie mógł (?) wiedzieć, że opowieści o kolejnej interwencji przeciw bolszewikom na czele z Polakami - będą stałym elementem brytyjskich negocjacji handlowych z Moskwą przez następne naście lat. A kiedy to Piłsudski zrozumiał – sam ostatecznie zawarł układ z Sowietami rządzonymi już przez Stalina.

 

I to była zresztą swoista klamra – że tych dwóch przywódców, których w 1920 r. nie było pod Warszawą, ostatecznie porozumieli się w sposób geopolityczny, który i wcześniej, i później mógł obu państwom oszczędzić wielu nieszczęść, strat i pomyłek. Niestety, zgodnie z logiką naszych dziejów – to ten czarny pakiet jeszcze nie raz został powtórzony…

 

Konrad Rękas

Konserwatyzm.pl

 

 

KOMENTARZE

  • //W międzyczasie przegraliśmy plebiscyt na Warmii i Powiślu,
    straciliśmy Zaolzie, a nasze zaangażowanie na Śląsku było niewspółmiernie małe wobec znaczenia tego regionu dla Polski //


    Żywię niewypowiedzianą wdzięczność panu G.Braunowi za to że kilka lat temu zainteresował mnie "Jakubowymi Księgami" bo po ich lekturze wreszcie stało się dla mnie zrozumiałe to co przez lata było niepojęte.
    "Nasza elita" składa się z ludzi "stamtąd", oczywiście z mojej perspektywy czyli z perspektywy człowieka od stworzenia świata zakorzenionego w Królestwie Polskim.Nie czuję żadnego związku z całym tym "jagiellońskim" nie mówiąc już o "frankistowskim", światem.Ich emocje są dla mnie całkowicie obce.Nie tylko ich nie podzielam ale zdecydowanie odrzucam.
    Spośród polonizmów funkcjonujących w j.rosyjskim najbardziej znany jest "miasteczko" (местечко ) https://en.wikipedia.org/wiki/Miasteczko
    zaś najczęściej używanym pojęciem "miasteczkowa mentalność".
    Rosjanie którzy mieli i mają do czynienia wyłącznie z "elitami jagiellońskimi" odnoszą swoje obserwacje do wszystkich Polaków i np powiadają:"Polacy ze swoją miasteczkową mentalnością nie są w stanie tego pojąć" .

    Tak więc;elity II RP swą miasteczkową mentalnością nie były w stanie ogarnąć znaczenia Warmii,Pomorza czy Śląska.Dla nich ten świat wogóle nie istnieje więc nie ma żadnej wartości.Wartość mają tylko ich zapyziałe miasteczka.Co tam dla nich jakieś Katowice czy inny Cieszyn.Nie są Stanisławowem więc kogo one obchodzą.

    //W międzyczasie przegraliśmy //

    Przegraliśmy wtedy i będziemy przegrywać tak długo dopóki nie pozbędziemy się "naszych" niepolskich elit z ich miasteczkową mentalnością.Nie mam pojęcia jak to osiągnąć;sprawdzać metryki urodzenia dziadków,poddawać testom psychologicznym -nie wiem,nie mam pomysłu.Tymczasem "oni" wiedzeni instynktem przodków znów poleźli na Białoruś i znów lekce sobie ważą Warmię,Zaolzie,Śląsk i Pomorze.
    A przecież wiadomo że właśnie tymi regionami zapłacą za najdrobniejszy sukces odniesiony "tam".
  • @ikulalibal 06:29:02
    To nie tak. Co prawda, skretynienie elit z ich jobem punkcie wspierania i budowania ukrainy przez ostatnie 300 lat co najmniej kosztem reszty Polski, to chyba to, o czym Pan pisze. Ale nie ma związku między działaniem na kierunku Zachód, Południe czy Pólnoc, a Wschód. Wręcz przeciwnie. Jedno wspomaga drugie. Problemem jest po prostu kretynizm i mrzonki. W 1990-91r. mieliśmy propozycję od ZSRR w trakcie upadku powrotu na granice wschodnie z 1939r., które polakopodobni po prostu odrzucili. I nie wiązało się to z żadnymi rezygnacjami na Zachodzie.
    Takich kwiatków mieliśmy przez ostatnie 300 lat pełno. Ale kretynizm w postaci budowania sobie narodów i państw nigdy nieistniejących, by mieć w nich sojusznika, tryumfuje.
  • @AlexSailor 10:26:51
    //. Problemem jest po prostu kretynizm i mrzonki. W 1990-91r. //

    Nie mogę przyjąć takiej interpretacji bo niby co to znaczy "kretynizm"?
    Traktowany w kategoriach medycznych bo przecież samo pojęcie stamtąd się wywodzi, byłby łatwy do zdiagnozowania co pozwoliłoby na niedopuszczaniu do pewnych sfer życia społecznego ludzi dotkniętych tą dysfunkcją.Ale przecież wiemy że nie o kretynizm w sensie stopnia niedorozwoju umysłowego chodzi.Ci których mamy na myśli często są doskonale wykształceni i intelektualnie imponująco sprawni a mimo to w określonych sytuacjach tracą poczucie rzeczywistości.Musi być jakieś racjonalne wyjaśnienie tej zdumiewającej prawidłowości.Moje jest takie że cały ten jagiellońsko-frankistowski żywioł całkowicie zdominował a nawet wypał polski, a potem już tylko realizował politykę w takim kierunku jaki podpowiadał im instynkt.
    Dlaczego świetnie wykształcony,władający j.francuskim lepiej niż francuz, poseł do Reichstagu i pruskiego Landtagu,Wojciech Korfanty nie zdominował słabo wyedukowanego,prowincjonalnego awanturnika bez powiązań w świecie wielkiej polityki J.Piłsudskiego? dlaczego stało się odwrotnie? Chcesz to wyjaśnić jakimiś mglistymi "mrzonkami"?
  • @ikulalibal 11:22:56
    "Musi być jakieś racjonalne wyjaśnienie tej zdumiewającej prawidłowości.Moje jest takie że cały ten jagiellońsko-frankistowski żywioł całkowicie zdominował"

    Nie jagielloński. Jagiellonowie, ta litewsko-ruska dynastia stworzyła wielkie państwo, prawie że imperium. Gdy wymarli zaczęły się schody.

    Ja bym raczej wskazał na Piotra Skargę i Wazów. Czyli żywioł jezuicko-frankistowski ;)
  • @Pedant 12:06:56
    // żywioł jezuicko-frankistowski //

    Onże również.

    //Jagiellonowie, ta litewsko-ruska dynastia stworzyła wielkie państwo, prawie że imperium//

    No właśnie w tym problem.Racjonalne wyjaśnienia (które tak de facto nie są racjonalne),jest takie że Wielkie Księstwo Litewskie ostro rywalizowało z Moskwą o dominację w regionie ale ostatecznie przegrało tę rywalizację a poczucie klęski do dziś zżera przegranych.
    Ale mnie wydaje się to nieracjonalne bo przecież historia składa się wyłącznie z narracji o tym że jakieś podmioty ze sobą rywalizują i któryś z nich przegrywa.Nie dostrzegam niczego paranoicznego w relacjach Francusko-Niemieckich czy Agielsko-Hiszpańskich .A relacje Rosyjsko-Polsko-Litewskie są ciężko chore i to ewidentnie nie od strony rosyjskiej.
  • ...
    Jak możesz wygrać w sytuacji, gdy walczysz nie z tym, kto jest faktycznym wrogiem?
    I jak zwykle: jakie założenie taki i dowód.
    Kto to jest „Polak”? (Niemiec, Austriak, Francuz, Hiszpan, amerykanin itd.)
    Czy to jest jakaś masa uśredniona, mogąca być dowolnie kształtowana?
    Przecież każdy człowiek to oddzielna historia, taka na ileś tam wieków wstecz a kto wie, czy nie i tysiącleci?
    Kto z kim jest spokrewniony?
    Jakie geny przejął i dlaczego te, a nie inne?
    I czy geny dominujące muszą być akurat tymi optymalnymi dla „polskości”? Bo może ciążenie idzie w stronę inną i to w większości nieświadomie?
    Czy każdy i zawsze w stu procentach wie, dlaczego myśli tak, a nie inaczej i dlaczego podejmuje te, a nie inne decyzje?
    I jeśli teraz łączy się to detaliczne w hurt, no to mamy jednorodność złożoną z różnorodności, czyli co to w sumie jest i jak to traktować?
    Czy można wydać z pozycji rządu takie polecenie/wydać taką uchwałę, która uszczęśliwi tę różnorodną masę zmuszoną do udawania jednorodności – całkowicie, bez wyjątku?

    Ktoś się przecież w tym wyznaje i się tym posługuje jak widać całkiem zręcznie od tak zwanego „zawsze”. Stąd wojny, stąd „systemy polityczne” i co tam może być przydatne, by motłoch utrzymać choć przez jakiś czas w posłuszeństwie.
    Ale w posłuszeństwie wobec czego czy kogo?
    Czy na pewno to wiemy?
    Widać, że co najwyżej może nam się wydawać raz to, a raz co innego.
    Dlaczego tak się dzieje?
    No, może dlatego, że mózg jest realny, a umysł wirtualny? Czyli brain jest namacalny a mind złudzeniem, projekcją myślową, zbitkiem algorytmów.
    Nawet tak zwane fakty mogą być przez umysł dowolnie przerabiane. I tu leży ten pies nie całkiem pogrzebany. Każdy widzi po swojemu i z innej niż „kolega” strony. A uruchamiany na tę okoliczność algorytm sugeruje, że wszyscy mają widzieć dokładnie to samo. Fizycznie niemożliwe. Więc tak zwany intelekt przystępuje do dzieła i początkowo odbywa się walka na słowa; kto ma większy ich zasób i potrafi sobie w „odpowiednim” momencie przypomnieć te najporęczniejsze wygrywa pojedynek. Ale nie wojnę.

    Wojnę wygrywają tylko jej inicjatorzy, nigdy jej uczestnicy.

    I choć totalnym bezsensem jest kłócenie się o „historię”, to jednak większość ludzi ma wrogów właśnie z tego powodu.
    Kto i dlaczego skierował ludzi na ten dziwaczny trop?
    I co się tak naprawdę liczy?
    Niby wiadomo, że „tru chepines iz tu endżoj we present”, ale ile osób sobie zawraca głowę rzeczywistością, mogącą dać im owo prawdziwe szczęście?

    O ileż bardziej interesujące jest katować siebie i wszystkich, którzy wpadną pod rękę, wydarzeniami z przeszłości, o których ani nie wiemy nic dokładnego, a ni tym bardziej nie są one nam „na dzień dzisiejszy” do niczego potrzebne!
    Co bowiem jest nam na ten „dzień dzisiejszy” potrzebne?
    Z rana wstać, dokonać ablucji i się przyodziać odpowiednio do wymogów pory roku i pogody oraz stanowiska pracy, coś zjeść, do tej pracy pójść albo na zakupy, bądź zająć się domem i może dziećmi jeśli takie obecne, a potem ciąg dalszy rutyny codziennej i tyle.

    Jednak tak, jakby tego było ludziom za mało, ochoczo przystępują oni do rozkopywania mogił mniej czy bardziej świeżych, od razu budzi się wówczas chęć wystawiania rachunków za krzywdy doznane – niekoniecznie osobiście – i te urojone, a to wszystko po to, żeby zaśmiecić ową wspaniałą rzeczywistość, ulotne chwile, sprawami mogącymi zatruć nam życie nawet do naszych ostatnich dni.

    Ktoś tym zgrabnie steruje. My się męczymy, a on się bawi.

    I mimo to nie chcemy uwierzyć, że przeszłość – jaka by nie była – już nie istnieje i powinniśmy zająć się tym, co dziś ważne po to, żeby mieć jakieś względnie korzystne jutro.
    To nie jest przecież przypadek, że aktualnie Polacy wpychani są w wydarzenia po intensywnej reanimacji, które miały miejsce sto lat temu.
    Czy się w to przyodziejemy? - Nie!
    Czy się tym najemy? - też nie!
    Czy to może być choćby najmniejszym przyczynkiem do naszego rozwoju? - absolutnie nie!
    No to może zwiększy to nasz dobrobyt i nasze pekabe? - ależ nie!

    Do czego więc jest nam to potrzebne? I kto nam mówi, że potrzebne nam jest? Bo przecież jeszcze całkiem niedawno o tym nie wiedzieliśmy, potrzebne nam nie było i mimo to żyliśmy całkiem nieźle.

    Czy nieustanne ćwiartowanie Matki Ziemi pod kątem przydzielania jej kawałków a to katolikom, a to protestantom, a to Polakom a to innym ussmanom może być nazwane działaniem na rzecz rozwoju ludzkości i pokoju na świecie?

    Wszystko to już przerabiała ludzkość wielokrotnie.
    Efekty tego znamy nie tylko z opowiadań i tzw. historii.

    Komu więc zależy, żeby ludzie nie wypracowali wspólnego działania na rzecz współpracy i porozumienia „ponad podziałami”?
    Nie sprawdziła się zasada: „jak ty przestaniesz - to ja też”.
    Każdy sam musi „przestać” i to natychmiast. Żeby było jeszcze co ratować.
  • @Pedant 12:06:56
    Nasi Wazowie to po kądzieli byli Jagiellonowie.
    Tak jak kólowa Jadwiga po kądzieli była Piastówną
  • @Wican 14:22:57
    "Nasi Wazowie to po kądzieli byli Jagiellonowie."

    Co to ma do rzeczy?
  • @Pedant 14:56:27
    Czytałeś co sam napisałeś? Zaczynam uważać, ze Twój nick to to nie ma wiele wspólnego z rzeczywstością

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031