Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
718 postów 323 komentarze

Polowanie na Polaków

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Lubelskie to dobry teren dla działalności narodowej. Ludzie tu wierni Bogu i Polsce, szanują tradycję, rodzinę i ziemię ojczystą. Lubelskie to trudny teren dla działalności narodowej. Narodowców tropi tu ABW, oskarża prokuratura, zniesławiają media.

 

 

Takiej właśnie nagonki na porządnych Polaków doświadczają lubelscy i zamojscy narodowcy. Grzegorz Wysok, Ryszard Milewski, Arkadiusz Łygas  – od kilku lat szargani są po sądach. Odmawia się im prawa do uczciwej pracy, niszczy życie rodzinne, prześladuje bliskich. A wszystko w majestacie prawa III RP.

 

Bezczelne są te kurwy i zuchwałe...!”

 

Sprawa Wysoka to ewidentna pokazówka. Z doniesienia dziennikarza lubelskiego dodatku „Gazety Wyborczej” oraz miejscowego radnego PO (obecnie związanego z Ruchem Palikota) - Wysok (niegdyś działacz opozycji niepodległościowej, w stanie wojennym internowany) został oskarżony (nawet bez formalnego aktu oskarżenia, tylko na podstawie „opinii biegłych” - sic!) - o nawoływanie do waśni na tle narodowościowym i znieważenie Żydów (czyli czyny z art. 256 – 257 k.k). Wszystko zaś dlatego, że w wydawanym przez siebie „Biuletynie Narodowym” zacytował m.in. naukowo uznane opinie prof. Feliksa Konecznego o cywilizacji żydowskiej, przytoczył wyjątkowo żydofilskie peany hrabiego Coudenhove-Kalergiego. Wspomniał, że red. Stanisław Michalkiewicz prześmiewczo nazwał „Gazetę Wyborczą” „żydowską gazetą dla Polaków”, a pracownik tejże „Gazety...”, red. Michał Cichy sam przytoczył żydowskie życiorysy kierownictwa swojej redakcji. Przede wszystkim zaś skojarzył pamiętny cytat z „Przygód Dobrego Wojaka Szwejka” Jarosława Haska - „Bezczelne są te kurwy i zuchwałe” - ze skalą roszczeń „przedsiębiorstwa Holocaust”. Słowem nie uczynił nic innego, niż choćby to, co niemal codziennie czynią publicyści choćby „Nowego Ekranu”. Wysok – historyk, erudyta, doświadczony publicysta, nie pozwolił sobie bynajmniej nawet na nadmiernie emocjonalny ton, folgowanie agresji, czy przesadną wyrazistość zamieszczanych elementów ocennych. Przeciwnie – skupił się na faktografii, cytatach z klasyków – a także prezentowaniem samych Żydów, ich żądań, działań i polityki, w słusznym przekonaniu, że dobro się samo obroni, a zło samo zohydzi.

 

Problem polegał jednak na tym, że dobro często samo musi być własnym adwokatem – a zło korzysta z usług państwowej prokuratury. Co gorsza – skoro gołe fakty stoją po stronie Wysoka, co w toku trwającego piąty rok postępowania potwierdzali zeznający w jego obronie świadkowie (m.in. red. Stanisław Michalkiewicz, prof. Ryszard Bender, red. Eugeniusz Sendecki, sen. Stanisław Gogacz) – to siłą oskarżenia musiały stać się manipulacje, interpretacje, półprawdy i całe kłamstwa. Szczególnie dotkliwie stało się to widoczne, gdy zestawiono opinie biegłych, stanowiące namiastkę aktu oskarżenia, autorstwa prof. Ryszarda Tokarskiego i dra hab. Konrada Zielińskiego – z kontr-opinią dra Artura Mamcarz-Plisieckiego, językoznawcy i prasoznawcy z KUL. Nie wdając się w szczegóły, dość wspomnieć, że aby znaleźć choćby cień obraźliwości w tekstach Wysoka – panowie naukowcy popisywali się daleko idącą niewiedzą, doszukując się obrazy w przytoczeniu starego podziału komunistów na „Chamów” i „Żydów”, albo np. uznając, że porównanie ludobójstwa na Polakach na Wołyniu z wymordowaniem Ormian przez Turków... deprecjonuje holocaust!

 

Zacytujmy zresztą dra Mamcarz-Plisieckiego: „Metoda zastosowana przez profesora Tokarskiego pozwala na opis „interpretacji rzeczywistości” dokonywanej przez Grzegorza Wysoka oraz „sądów o świecie” autora „Biuletynu Narodowego”. Nie za bardzo może być wykorzystana do analizy działań językowych, które są we wspomnianych artykułach penalizowane. Tymczasem – jeśli dobrze zrozumiałem treść art. 256-257 k. k. – w przepisach tych penalizowane są nie poglądy i opinie, choćby skrajne i budzące sprzeciw, lecz – bardzo wyraźnie – „nawoływanie do nienawiści” oraz „znieważanie” ale: znieważanie „ściśle związane z powodem” etnicznym i narodowościowym. Językoznawca zatem powinien nie tyle analizować słownictwo „Biuletynu Narodowego”, co zawarte w nim techniki czy środki perswazyjne i nakłaniające oraz intencję (czyli rzeczywisty powód) wypowiedzi autora. Opinia profesora Tokarskiego nie została poprzedzona analizą (nawet zewnętrzną –językową) przepisów prawnych. Dlatego też – w moim przekonaniu – pytanie badawcze zostało postawione zbyt szeroko. Profesor Tokarski opisuje raczej „językowy obraz przeciwnika politycznego” Grzegorza Wysoka niż sprawdza czy Wysok nawołuje do nienawiści bądź nie. Natomiast „nawoływanie” rozumiane jako: „wzywanie do czegoś, zachęcanie, nakłanianie do czegoś” musi mieć jakieś wykładniki językowe (tak!) i w związku z tym bez problemu da się opisać na płaszczyźnie językoznawczej. Profesor Tokarski w jednym ze swoich artykułów wymienia takie działania językowe, jak: „bezpośrednie akty dyrektywne i powinnościowe, performatywy dyrektywne czy różnego typu formuły grzecznościowe, mające na celu poprzez oddziaływanie na emocje wymusić założone przez nadawcę zachowania, postawy czy przekonania odbiorcy”. Nie wiem dlaczego, w swojej Opinii o „Biuletynie” prof. Tokarski nie zajmuje się zupełnie obecnością (bądź nie) tych nakłaniających formuł językowych, czyli – w istocie – nie bada „nawoływania”. Bardzo szeroko zaś opisuje słownictwo Wysoka związane z: a) Unią Europejską, b) rządem i partiami politycznymi, c) prasą, d) uczelniami i instytucjami, e) obcymi narodami i ich rządami, f) znaczącymi postaciami życia społecznego, politycznego i kulturalnego (strony 3-4) – które to słownictwo jest jedynie zapisem poglądów i przekonań Grzegorza Wysoka, nie stanowi nawoływania do czegokolwiek i w dodatku nie jest penalizowane przez polskie prawo. W Opinii profesora Tokarskiego nie znajdziemy także – mimo deklaracji na stronie 2 – jakiejkolwiek analizy intencji wypowiedzi Wysoka. W moim przekonaniu, nie wystarczy znaleźć w tekście negatywne, ostre wypowiedzi czy zdecydowane lub złośliwe osądy (także Żydów czy innych nacji), żeby zaklasyfikować tekst jako perswazyjny bądź nakłaniający, a w szczególności „nawołujący do nienawiści”. Trzeba wskazać raczej na obecność czegoś, co uznany polski prakseolog, T. Pszczołowski określał: „żądaniem” („Bądź przekonany, że tak a tak”), ja zaś w swojej Opinii nazwałem „napięciem intelektualnym” czyli „naciskiem” skierowanym na odbiorcę. Profesor Tokarski nie analizuje w swojej ekspertyzie żadnych wykładników, które wskazywałyby, że Grzegorz Wysok wykonuje działanie językowe polegające na nawoływaniu” - napisał słusznie dr Mamcarz-Plisiecki. Jego dwie opinie w tej sprawie to zresztą dokument bardzo cenny i niestety, można założyć, że jeszcze nie raz przyjdzie polskim publicystom sięgać po jego tezy w obronie przed coraz bardziej opresyjnymi organami ścigania, tłumiącymi wszelkie przejawy wolności słowa i polskiego, narodowego myślenia.

 

Poziom absurdalności zarzutów jawnie przeplata się zresztą w tej sprawie z anty-polską agresją polityczną, w dodatku podszytą bezczelną głupotą. Prof. Tokarski np. dywagując na temat poglądów Wysoka obłudnie załamywał ręce: „on nikogo nie lubi, ani lewicy, ani prawicy!, to nihilizm jest!” - jakby naprawdę nie mógł pojąć, że po prostu dla polskiego narodowca i establishmentowa „lewica” pseudo-opozycyjna „prawica” są częścią tej samej układanki, tego samego systemu mającego ogłupiać Polaków, utrzymując ich w bierności i poddaństwie. Tacy jak Wysok starają się jednak, by ludzie czasem otwierali oczy – i umysły.

 

Zamknąć ławnika

 

Że nie jest to droga łatwa – przekonał się inny lubelski narodowiec, jeden z pionierów narodowej demokracji na Lubelszczyźnie, Ryszard Milewski, jeden z liderów Stowarzyszenia Narodowego im. Romana Dmowskiego, bliski współpracownik legendarnego mec. Mariana Barańskiego. Ten były przewodniczący rady ławniczej przy lubelskim sądzie, działacz samorządowy i urzędnik – przed kilku laty, jeszcze w czasach ministerium Zbigniewa Ziobry – skierował do centralnych władz wymiaru sprawiedliwości pismo informujące o nieprawidłowościach w pracy miejscowych sądów i prokuratury. Wówczas oczywiście aferze ukręcono łeb, jednak Milewski znalazł się na celowniku światka prawniczego, w tym jego co bardziej skorumpowanych i uwikłanych w układziki przedstawicieli. Niestety zaś, już wkrótce kombinatorzy w togach uzyskali możliwość odegrania się na tropiącym niesprawiedliwość ławniku.

 

Różnie się ludziom w życiu układa. Milewskiemu przydarzył się w życiu rozwód, przeprowadzony w sposób typowy dla współczesnych adeptek prawa, które namawiają swe klientki, by na dobry początek oskarżać partnerów o morderstwa, gwałty, terroryzm i wybuchy na słońcu – byle tylko uzyskać korzystniejsze (dla siebie) warunki rozstania. Tak też było i z Milewskimi. Agresywna adwokatka wymyśliła przeciw przykładnemu ojcu i mężowi obrzydliwe zarzuty, obalone wprawdzie przed sądem, ale niszczące życie. Odwołanie się do sumienia prawniczki rzecz jasna nie dało niczego – za to podsunęło jej kolejny pomysł na utrudnienie życia mężowi klientki. Mec. Katarzyna Stefaniuk oskarżyła Milewskiego o groźby karalne, co wszystkich znających narodowca – osobę łagodną i o gołębim sercu, początkowo szczerze rozbawiło. Śmiech ustąpił jednak miejsca zaskoczeniu i oburzeniu, gdy miejscowy sąd i prokuratura uznały, że pod tym pretekstem mogą się odegrać za patrzenie na ręce.

 

Wykorzystując błahe preteksty formalne (niestawienie w sądzie ze względu na chorobę) – sąd nakazał zatrzymanie ex-ławnika, a następnie przedłużał sankcję na czas przeprowadzanego ciupasem postępowania. Szanowny urzędnik, człowiek poważny, za którego ręczyło szereg osób czynnych nie tylko w lubelskim życiu publicznym - spędził kilka miesięcy w areszcie. Wyrok skazujący – oznaczał dla Milewskiego ruinę, utratę pracy i środków do życia. Prawo zaś do obrony – ograniczono mu niemal do zera, bowiem żaden z kilkudziesięciu lubelskich adwokatów nie chciał się podjąć jego reprezentacji. Dopiero w drugiej instancji udało się narodowcowi oczyścić z bzdurnych oskarżeń – jednak odium zniesławienia wciąż wisi nad jego nazwiskiem, a nagonka na kolejnego porządnego Polaka – zapewne została tylko zawieszona.

 

Za modlitwę i pamięć o zbrodni

 

Zobaczyliśmy już jak na Lubelszczyźnie działają dwie mafie – dziennikarsko-judofilska i prawnicza. Nie wyczerpuje to jednak problemów tego biednego, choć kochającego Boga i Polskę regionu. Na głowie mamy bowiem jeszcze spadkobierców zbrodniarzy z UPA.

 

Trzy te układy razem wzięły się za zamojskiego narodowca – Arkadiusza Łygasa. Przed kilku laty, wzorem innych narodowych radykałów – kolportował on z okazji tzw. „dnia judaizmu” znaną, tradycyjną Modlitwę za Żydów Wiarołomnych, autorstwa papieża, św. Piusa V. W związku z tym, przez blisko cztery lata, począwszy od stycznia 2006 roku, hrubieszowski prokurator Jacek Miścior ścigał Łygasa z art. 257 kk, czyli pod zarzutem znieważenia wyznawców religii mojżeszowej. Podobnie jak w przypadku Wysoka – było to postępowanie precedensowe, zakreślające bowiem nie tylko definicję antysemityzmu w orzecznictwie (co jest nader ważne pomimo tego, że przecież nawet samo nielubienie Żydów nie jeszcze w Polsce przestępstwem, cokolwiek by się na ten temat nie wydawało „Gazecie Wyborczej”...), ale także stwierdzające, czy modląc się za kogoś – tym samym go nie znieważamy.

 

Łygas w różnych instancjach sprawę raz wygrywał, raz przegrywał, a końca tej parodii z pogranicza lingwistyki, teologii i prawa nie widać. Oczywiście jednak już i młody narodowiec znalazł się na celowniku. Utarcie nosa prokuraturze, która chciała sądzić świętego papieża sprzed wieków nie mogło podobać się mafii w togach. A jak wiadomo, jak już jest człowiek – to znajduje się i paragraf. W przypadku Łygasa poszło jednak odwrotnie – to on sam wystąpił do sądu o ochronę przed pomówieniami ze strony zamojskich działaczy „centro-prawicy”. Tym zaś nie podobało się, że Łygas stanął w obronie pamięci Polaków pomordowanych na Wołyniu przez bandy UPA i wezwał samorządowców z całego regionu (w tym Zamościa i Tomaszowa Lubelskiego) do zerwania czy chociaż zawieszenia umów o partnerstwie z tymi miastami ukraińskimi, które czczą (np. nadając honorowe) obywatelstwa zbrodniarzom takim jak Bandera czy Szuchewycz. Niestety, wielu działaczy PiS i innych formacji opacznie rozumiejących polski patriotyzm, wciąż grzęźnie w zaślepionej miłości do ukraińskiego szowinizmu, w którym błędnie widzi sojusznika w wyimaginowanej walce z Rosją. Z takim właśnie krypto-banderofilem, radnym Zamościa Jackiem Danelem- Łygas drugi rok spotyka się w sądzie, broniąc przed atakami i niewybrednymi oskarżeniami. Oczywiście jednak wymiar sprawiedliwości (w Zamościu od lat cieszący się opinią wyjątkowo dyspozycyjnego wobec układów politycznych) nie ma najmniejszej ochoty chronić polskiego narodowca. Ba, od razu skorzystano z okazji, by dać jego rodzinie odczuć po czyjej stronie jest sprawiedliwość w polskich sądach. I tak za obronę Telewizji Trwam – zamojska policja na wniosek miejskiej radnej PO Marty Pfeifer wzięła się za szykanowanie matki narodowca, Heleny Łygas. Tak to już zresztą bywa, że gdy ktoś uwierzy w państwo prawa w III RP – to szybko się orientuje komu i czemu, a także przeciw komu prawo to ma służyć.

 

Te trzy historie nie wyczerpują oczywiście całej czarnej legendy lubelskiego wymiaru niesprawiedliwości. Bloggerzy i czytelnicy „Nowego Ekranu” znają zresztą na pewno więcej takich opowieści z całej Polski. Można by też przypomnieć wydarzenia niedawne, jak prewencyjne uderzenie ABW przeciw lubelskim strukturom ONR przed zeszłorocznym Marszem Niepodległości, czy rozwydrzenie miejscowych antyklerykałów i „awangardowych artystów”, chroniących przez platofrmowo-PSL-owskie władze miasta. Nie w tym jednak rzecz, żeby biadolić, załamywać ręce, czy iście po polsku narzekać sobie, że „Żydzi, banderowcy, sprzedajni sędziowie i łajdaki-pismaki”...

 

Nie. Losy Wysoka, Milewskiego i Łygasa pokazują, że można się jednak nie poddawać. Można żyć godnie, zachowując prawo do własnych, polskich i narodowych przekonań i ich publicznego głoszenia. Można otrzymywać ciosy – ale wstawać po nich, dając dobry przykład narodowej młodzieży. Także takiej, która chętnie by powalczyła, ale może jeszcze nie najlepiej rozpoznaje prawdziwe zagrożenia i faktycznych wrogów. To wreszcie dowód na to, że mimo zadawnionych często sporów, historycznych już podziałów i nieistotnych różnic – wobec wspólnych przeciwników narodowcy, i w ogóle Polacy – muszą trzymać się razem, wspierając w biedzie, nie zostawiając wobec kłamstw, pomówień i niesprawiedliwych oskarżeń. Bo tylko w jedności zbudowanej na prawdzie nasza, Polaków siła.

 

Konrad Rękas

KOMENTARZE

  • Sprawa Ryszarda Milewskiego
    Niestety, sprawa, gdzie mnie fałszywie oskarżono nie jest jeszcze zakończona. Sędzia - sprawozdawca Jacek Janiszek z Sądu Okręgowego w Lublinie powiedział: "nawet, gdyby uznać, że oskarżony wypowiedział te słowa, to nie jest to przestępstwo". Powinni mnie zatem uniewinnić, a nie kierować sprawę do ponownego rozpoznania, zwłaszcza, że stronnicza sędzia Iwona Suchorowska-Chmielowiec z Sądu Rejonowego Lublin-Zachód przeprowadziła wszystkie dowody oskarżenia, a odrzuciła wszystkie dowody obrony! Ale chcą mnie nadal ciągać do sądu i dręczyć. Naruszyłem bowiem prawo do bezkarnego brania łapówek i trzeba mnie widać jeszcze podręczyć, bo zamknięcie niewinnego i schorowanego człowieka to dla nich za mało. Ryszard Milewski

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930