Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
739 postów 328 komentarzy

Nasz kawałek zwycięstwa

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Problem z zakończeniem II wojny światowej najlepiej oddaje chyba dialog z „Seksmisji”: „Nieważne kto wygrał, ważne kto przetrwał!”.

Otóż niezaprzeczalnym faktem jest, że wojnę i okupację przetrwała zdecydowana większość narodu polskiego, a więc w tym kontekście możemy się bezsprzecznie uważać za zwycięzców tego konfliktu zbrojnego. Reszta – to już tylko interpretacje.

 

Oczywiście, wojny wybuchają o terytoria, wpływy polityczne, szlaki komunikacyjne, zasoby naturalne, z powodów prestiżowych, a także po prostu – bo są niezbędne na danym etapie rozwoju cywilizacyjnego. Polska jednak (nie tylko w konflikcie rozpoczętym we wrześniu 1939 r.) w wojnach przeważnie uczestniczyła już to jako ofiara, lub jako narzędzie innych podmiotów, już wreszcie pod mitologicznym przykryciem tzw. „wojny sprawiedliwej”, będącej jakoby jakąś wyższą formą zabijania innych dla własnych korzyści. Te historyczne zaszłości powodują, że wojny w naszych dziejach z trudem potrafimy oceniać w kategoriach ich realnych efektów (a także przyczyn – choć to inna bajka), a bardziej widzimy w nich coś na kształt wielkiej Gwiazdki. Jeśli nie pojawiają się prezenty – czujemy się rozczarowani, nie dociekając nawet czemu nie byliśmy dość grzeczni, ale raczej czemu naszej oczywistej szlachetności i racji nie doceniono.

 

Dzień Zwycięstwa miałby więc być uznaniem moralnej słuszności naszych działań, ich nagrodzeniem i spełnieniem marzeń wszelakich, nie zaś pochodną realnej gry sił, potencjału militarnego i gospodarczego, wreszcie położenia geopolitycznego. Niestety, to rozmijanie się polskich oczekiwań z rzeczywistością jest drastycznie widoczne na przykładzie II wojny światowej. Ani kierujący nawą polską w jej przededniu i trakcie, ani współcześni nie wiedzieli i nie wiedzą czemu wybuchła, czemu w niej uczestniczyli, co można by w niej uzyskać (a czego żadną miarą nie), ani wreszcie o co chodziło z jej zakończeniem. Zanim więc dałoby się ustalić czy Polacy w tej interakcji politycznej zwyciężyli, czy przegrali – warto by najpierw zastanowić się o co spór cały się toczył, co było do ugrania, a co do stracenia.

 

Nie wdając się w powszechnie już znane dywagacje wiemy, że druga wojna światowa była w istocie dokończeniem przerwanej bez ostatecznego rozstrzygnięcia wojny pierwszej (zwanej wcześniej Wielką). Tamtą zaś wywołały przede wszystkim polityczne interesy Wielkiej Brytanii, zainteresowanej wyeliminowaniem dwójki swych potencjalnych konkurentów – Niemiec i Rosji. Przy okazji zaś rozgrywana była gra o charakterze ideologicznym, mająca zreorganizować mapę kontynentu i docelowo świata poprzez usunięcie z niej tradycjonalistycznych, wieloetnicznych monarchii, zastąpionych najpierw słabymi państwami narodowymi, a następnie bytami ponadpaństwowymi, o odmiennym jednak typie ideologicznym.

 

Jak widać, rola Polski w tych koncepcjach była marginalna. Niepodległość II Rzeczypospolitej stała się skutkiem ubocznym pierwszej wojny, przestała zaś istnieć w wyniku wojny drugiej – nie była bowiem bynajmniej ani zasadniczym, ani nawet oczekiwanym elementem całego planu (nieważne, czy faktycznie gdzieś skonkretyzowanego już u zarania, czy tylko nowelizowanego ad hoc, w toku wydarzeń przez głównych aktorów międzynarodowych). Mówiąc brutalnie – polska suwerenność doby Dwudziestolecia była wypadkiem przy pracy, związanym z chwilowym osłabieniem Niemiec i zniknięciem na pewien czas czynnika rosyjskiego z drugiej strony. Już pod koniec lat 30-tych dla wszystkich (może poza polskimi władzami) stawało się jasne, że stan taki nie może trwać w nieskończoność w zmienionej sytuacji międzynarodowej, a zatem Polska musi nieuchronnie swą samodzielność utracić. Pytanie brzmiało jedynie kiedy, jak dalece i na czyją rzecz. Jak wiadomo – ekipa sanacyjna raczej nieświadomie zdecydowała się scedować swe suwerenne uprawnienia na rzecz tzw. sojuszu z Francją i Wielką Brytanią, dając się tej ostatniej wciągnąć do konfliktu zbrojnego pod oczywistym pretekstem „gwarancji”. To sami Polacy wybrali więc początkowo kierunek utraty niezależności, postanowili zrobić to najszybciej jak się dało i niemal całkowicie pozbawiając kart i argumentów w dalszej rozgrywce.

 

Nie stracili ich zresztą całkowicie, przeto nawet w trakcie II wojny sprawa polska pojawiała się na stolikach dyplomatycznych, jednak niemal nigdy w charakterze podmiotowym. Niemal nieprzerwanie pozostawała raczej elementem licytacji między mocarstwami, a momenty, w których np. rząd gen. Sikorskiegobył w stanie zająć stanowisko bardziej samodzielne (tzn. zmienić suwerena, na nic więcej bowiem nie mogliśmy w żadnym momencie liczyć) nie zostały ostatecznie wykorzystane.

 

Sam wynik wojny został rozstrzygnięty przez proste zestawienie potencjałów ekonomicznych, zasobów ludzkich i zdolności produkcyjnych walczących stron – a więc nie mógł być inny. Co więcej, nie był też realny inny niż faktyczny przebieg podziału stref wpływów między faktycznymi zwycięzcami. Liczenie na inne rezultaty, ignorowanie rzeczywistości, oczekiwanie na jej szybką zmianę wbrew interesom politycznym i możliwościom militarnym – był podyktowany zwyczajną ignorancją i jako przejaw zwykłej głupoty nie kwalifikuje się do analizy politycznej, a co najwyżej psychologiczno-psychiatrycznej.

 

W tym więc kontekście analizowanie czy Polska mogła zwyciężyć w drugiej wojnie światowej nie ma większego sensu, ponieważ wojna ta inaczej zakończyć się nie mogła. Czy jednak okazaliśmy się jej współzwycięzcami? I znowu – kłania się nieporozumienie językowe. „Victoria!” kojarzy nam się emocjonalnie, z jednoznacznym sukcesem, w tamtych realiach (?) „Polską od morza do morza” i „Imperium” - czyli z mrzonkami, nierealnymi jako koncepcje już w chwili formułowania.

 

Pytania niezbędne do sformułowania oceny może mniej emocjonalnej, ale pełniejszej są proste. Czy wojna mogła zakończyć się dla nas gorzej? Teoretycznie tak – hipotetyczne zwycięstwo Niemiec bowiem, nawet jeśli między bajki włożymy plany całkowitej eksterminacji Słowian, oznaczałoby potężny regres cywilizacyjny Polaków, wysiedlenia, redukcję liczebności narodu i z czasem tak czy siak jego nieuchronny upadek. Takie zakończenie wojny było jednak niezwykle wręcz mało prawdopodobne, choć bez wątpienia było zakładane przez jej niemieckich uczestników. Inny negatywny dla nas scenariusz wiązałby się z polskim aktywnym uczestnictwem po stronie III Rzeszy i do dziś jest rozpatrywany jako kuszący przez polit-fantastycznych publicystów. Oczywiście jednak dla Polski oznaczałby podobną deklasację: znalezienie się w obozie przegranych, większe straty związane z wojną z Sowietami (i aliantami zachodnimi) oraz powojenną kadłubowość terytorialną (być może wprost w ramach Związku Sowieckiego). Taki scenariusz faktycznie był zupełnie możliwy, a ostateczny rezultat zmagań okazał się od niego znacznie korzystniejszy.

 

Dalej – większość nieporozumień związanych z ewentualnym świętowaniem w Polsce 8/9 maja wiąże się z oceną sytuacji powojennej. Uważane do niedawna za skrajne poglądy, że „nic się nie zmieniło, tylko jedna okupacja została zastąpiona drugą” dziś należą do głównego nurtu propagandy i polityki historycznej, co symbolizuje popularna, acz kuriozalna scenariuszowo komedia telewizyjna pt. „Czas honoru”. Uzasadnieniu tezy, że Polska Ludowa w niczym nie różniła się od Generalnego Gubernatorstwa służy historyczna ignorancja, pozwalająca żonglować cyframi i datami, zestawiać represje stalinowskie z lat 30-tych i pierwszej okupacji – z wydarzeniami powojennymi, a także ignorować faktyczne dane dotyczące skali zaangażowania w podziemie niepodległościowe „za Niemca” i „za Sowieta”. Niestety, ale nie tylko w internetowych dyskusjach łapanki niemieckie, akcje pacyfikacyjne, obozy koncentracyjne, masowe rozstrzeliwania - uważa się za równoważne stalinowskim więzieniom, czy nawet walnięciu kogoś pałą po d...e po 1956 r. Absurdalność takich zestawień aż bije w oczy, ale widać nie dla pseudo-historycznych rekonstruktorów, dla których nawet husaria biła się z bolszewikami (co widać na niektórych marszach...).

 

Inna kwestia, że nie podoba nam się sam PRL. Przede wszystkim jako system ekonomicznie niewydolny, politycznie opresyjny i społecznie konfliktogenny. Dyskusja czy i w jakim wymiarze Polska Ludowa była fajna i czy w ogóle była państwem polskim nie raz i nie dwa przewalała się i przez nasze łamy. Na użytek tych rozważań można jedynie podkreślić, że plus minus uwarunkowania polityki represji (zwłaszcza do '56), to na inną organizację społeczno-ekonomiczną powojnia nie bardzo było co liczyć, bowiem zbliżone, mocno socjalistyczno-etatystyczne programy miały niemal wszystkie liczące się siły polityczne kraju. Nikt też nie byłby w stanie prowadzić innej polityki międzynarodowej, tzn. mówiąc brutalnie nie wyzwoliłby Polski spod jarzma sowieckiego – bo nie było to wówczas możliwe. Komuniści zaś sprawowali władzę w państwie także w związku z tym, że żadna inna znacząca formacja nie była w stanie dostrzec oczywistości naszej sytuacji geopolitycznej i nie wypracowała w porę w związku z nią rozsądnej propozycji skierowanej tak do Moskwy, jak i do własnych współobywateli.

 

Jak na sytuację maja 1945 r. Polacy swój kawałek wojny wygrali. Dostali własne państwo. Niesuwerenne – bo innego dostać nie mogli. Dostali szanse na rozwój – zwłaszcza cywilizacyjny i edukacyjny, z którego skorzystali zresztą by swe położenie ekonomiczne i możliwości geopolityczne pogorszyć. Dostali władzę, na jaką w pewnym stopniu zasłużyli, nie umiejąc ukształtować sobie mądrzejszych elit własnych. Nade wszystko zaś Polacy przetrwali. Wprawdzie także po to, by nadal opowiadać i robić głupstwa, ale przecież na prawie do głupoty polegało niejedno polskie zwycięstwo...

 

Konrad Rękas

KOMENTARZE

  • NIE MOŻNA OCENIAĆ ZWYCIĘZTWA POLSKIEGO KASTEGORIAMI ELIT NOWOLITWINÓW, ZACH9ODNICH uKRAIŃCÓW LUB NOWOHEBRAJCZYKOW
    Grupa niemieckich homoseksualistów z aszxkenazyjskimi korzeniami trzymajacych władzę w FReichu Hitlera oraz rożnego rodzaju sjoniści od których zalezny byl ZSRR nie traktowali spraw polskich jako mających znaczenie dla motywaqcji swych działań.
    Generalplanost przewidywał po wygraniu wojny z ZSRR "przesiedlenie" za Ural wszystkich narodowości (właściwie ich resztek) poza niemiecką niezależnie od tego po jakiej stronie walczyli.
    Państwa polskie, litewskie, czeskosłowackie itd oraz ich granice ustanawiane były także niezalerżnie od tego ile było i jakich wojsk o charakterze narodowym i po jakiej stronie walczyły. Decyzje wodzów wskazuja na priorytetowość celu sjonistycznej kolonizacji {Palestyny a nie zdobywania "przestrzeni życiowej" dla rasy niemieckiej lub osiągnięcia swiatowego komunizmu.

OSTATNIE POSTY

więcej
  • POLSKA

    Przekręt Ziobry

    Który lobbysta motoryzacyjny dał w łapę ministrowi sprawiedliwości za wyczyszczenie wtórnego rynku aut w Polsce? czytaj więcej

  • POLSKA

    Pał/jac

    Jedno jest pewne. Jeśli nawet naprawdę ktoś kiedyś rozwali Pałac Kultury - to przecież nie dlatego, że to "relikt komuny", tylko ze względu na łapówkę od jakiegoś banku czy developera za warte miliardy miejsce w centrum Warszawy. czytaj więcej

  • POLSKA

    Murzyn niepodległości

    Marsz jak to marsz – przeszedł sobie. Wprawdzie próbuje się na siłę kreować wokół niego aurę skandalu – tymczasem MN po prostu wypełnił swoją rolę jako forma świętowania historycznej różnicy czytaj więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930