Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
782 posty 355 komentarzy

Ghost hero

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Opasła pierwsza część biografii Lecha Kaczyńskiego pod redakcją dr hab. Sławomira Cenckiewicza wciąż czeka na przeczytanie, jednak nie mogłem sobie odmówić posłuchania głównego autora tej pozycji podczas spotkania z lubelskim Klubem Gazety Polskiej.

Zawsze zresztą miałem słabość do kol. Sławka, jeszcze jako działacza „starego” Ruchu Narodowego, określającego się jako „niekomunistyczna opcja prosowiecka”.

 

 

 

Profesor Cenckiewiczstał przed zadaniem karkołomnym, by nie powiedzieć niemożliwym: nawet nie wyjaśnienia, ale choćby takiego przedstawienia drogi politycznej bohatera biografii, żeby jej potencjalni czytelnicy nie zakrzyknęli wielkim głosem „Prowokacja i Zdrada!”, nieważne – mając na myśli autora, czy Kaczyńskiego. Oczywiście, na szczęście w większości „wierzących” domów potężne tomiszcze spełni tę samą rolę, co obficie kupowane prace na temat Jana Pawła II – to znaczy zajmie miejsce na regale obok flagi narodowej i popiersia Piłsudskiego, nikt zaś nie będzie zawracać sobie głowy jego lekturą. Nie mniej jednak prof. Cenckiewicz i tak sporo miejsca w swym dwugodzinnym wystąpieniu poświęcił tłumaczeniu, że prof. Kaczyński nie był w pełni postacią z jego bajki, no ale Jarosław nalegał, no i wyszło jak wyszło...

 

Wyszło zaś przede wszystkim niekonsekwentnie – tak wobec niektórych wcześniejszych, mocno nieporadnych pod względem naukowego warsztatu dokonań kol. profesora, jak i wobec jego publicznego wizerunku. Wprawdzie kol. Cenckiewicz niby odżegnywał się od swej maski krwawego, bezkompromisowego lustratora, który nie wybacza i nie chce rozumieć – ale przecież to właśnie tej gębie zawdzięcza swój medialny mit, a więc i de facto środki na utrzymanie. Zaprzeczenia były więc raczej nieporadne i nieśmiałe, a nagła pochwała politycznego makiawelizmu – co najmniej zaskakująca, więc albo nieszczera, albo mocno stronnicza.

 

W tej części swych rozważań kol. Sławek obficie dowodził bowiem na przykład, że politycy muszą podejmować szybkie, często błędne decyzje, że trzeba widzieć całokształt ich działalności, oceniać także intencje i zamiary, a polityka polega na ciągłej grze, ważeniu możliwości i potencjałów. Wszystkim pamiętającym wcześniejsze publikacje kol. profesora nasuwało to raczej oczywiste pytanie: czemu tej samej miary kol. Cenckiewicz nie chciał przyłożyć choćby do polityków endeckich prowadzących grę z SB i Partią w okresie PRL? Czemu tylko Lecha Kaczyńskiego rozgrzeszył i objął tak szerokim spojrzeniem? Czyżby wyrósł z pryncypialności, czy też zaważyły namowy Jarosława Kaczyńskiego, honorarium i interes autorski? Można więc pozować na moralistę za darmo, a przeistaczać się w elastycznego publicystę, ważącego rację w duchu komercji? Oto pytanie o rzetelność i konsekwencję naukową prof. Cenckiewicza.

 

Kol. Sławek sam zresztą jakby chciał drapać się po strupie. Sam dociekał czemu nie pyta się go o sprawy tak kontrowersyjne jak Traktat Lizboński, czy sojusz z banderowcami i pominięcie Wołynia. Dzielnie jednak we wszystkich tych kwestiach nadal rozgrzeszał Kaczyńskiego, dotykając przy tym istotnego dla obu braci zagadnienia osobowościowego – że zawsze starali się oni sprzedać coś za coś, w imię z góry zakładanych doktryn i założeń, przez autora tożsamych wprawdzie z wyższą racją Polski, ale nawet w opisie oczywiście związane z interesem osobistym bliźniaków.

 

Charakterystyczny jest w tym zakresie przykład Jedwabnego i powstrzymania ekshumacji jednostronną decyzją ówczesnego Prokuratora Generalnego, Lecha Kaczyńskiego. Kol. Cenckiewicz potrafi jednocześnie słusznie uznać, że afera ta dotąd jest fundamentem światowego antypolonizmu, przyznać, że akurat w momencie decyzji ministra – badania archeologiczne zaczęły dawać wreszcie wyniki dowodzące niemieckiego udziału w zbrodni i znacznego zawyżenia liczby jej ofiar przez Grossa – by natychmiast przejść od faktów, do bajdurek rodem z amerykano-wasalnej kuchni PR-owskiej PiS. Kol. Sławek brnie więc w jakieś domysły, że może chodziło o powstrzymanie egzekucji żydowskich roszczeń wobec Polski. Oczywiście dowodów na tak heroiczny czyn Lecha Kaczyńskiego nie ma żadnych (gdy jego filo-izraelskość kol. Cenckiewicz uznał i chwalił zresztą godzinę później). Istnieje natomiast tłumaczenie znacznie prostsze – i też przez kol. profesora przyznane, tylko raczej półgębkiem. Wobec słabej pozycji politycznej w rządzie Buzka - Kaczyńskim kierował po prostu strach o utratę stanowiska, na zasadzie "coś mniej ważnego" (czyli Jedwabne, mimo jego fatalnej wagi dla Polski), za "coś ważniejszego" (czyli własne ministerium). Kaczyńscy należą więc do tej samej tradycji politycznej, co Piłsudski i Wałęsa – oni bowiem też uważali, że są największymi patriotami, bo najlepsze, co może Polskę spotkać, to ich rządy...

 

Ten rozgrzeszany egoizm i egocentryzm Kaczyńskich wyziera zresztą z całych rozważań kol. Cenckiewicza. Opisując politykę Kaczyńskiego (mówiąc o Lechu, ale przecież decydentem w tej parze był Jarosław) kol. Sławek przyznaje, że uważał on, że wszelkie umowy obowiązywały tylko w sytuacji, gdy był stroną słabszą. Wobec zmiany potencjału i wzmocnienia - natychmiast powinny ulegać renegocjacji. Choć ma to niby tłumaczyć (przypomnijmy, czytelnikom GaPy) udział Kaczyńskiego w rozmowach w Magdalence i przy Okrągłym Stole – to przecież dokładnie opisuje także znaną powszechnie w latach 90-tych i po 2000 r. lojalność i słowność polityczną Kaczyńskich: historię PC, losy sojuszników ze Zjednoczenia Polskiego, przypadki kandydatury prezydenckiej Adama Strzembosza no i nade wszystko przebieg zdarzeń w samym PiS i rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Słowo obowiązuje w określonych warunkach, w których zostało dane – głosi dewiza tego ostatniego i w konsekwencji w tym zakresie przebija on nawet PSL.

 

Swoją drogą inny interesujący aspekt biografii Lecha Kaczyńskiego, przybliżony przez kol. Cenckiewicza – to jego „doświadczenie administracyjne”. Chwaląc swego bohatera - kol. Sławek podkreśla, że "żaden polityk prawicowy nie pełnił tylu funkcji”. Nie dopowiada jednak oczywistego, choć chyba nie dla wszystkich – że pełnił je w III RP i dzięki systemowi III RP. Trudno o lepszy dowód, że w przypadku bliźniaków i współczesnej Polski można być naraz twórcą i tworzywem...

 

Mamy bowiem do czynienia z jednym z wielu paradoksów obozu centro-prawicowego. Oto bowiem głosują na niego ludzie, dla których III RP faktycznie okazała się, czy przynajmniej wydaje się być macochą – natomiast przywódcą tej watahy sfrustrowanych i jej zmarłym patronem pozostają osoby nie tylko czynnie zaangażowane w budowanie obecnego systemu, niemal we wszystkich jego szczegółach (poza faktem, że to oni mieli rządzić), ale i głośno o tym mówiące. Tak w każdym razie niemal do swego zgonu postępował prezydent, mniej od swego brata elastyczny i niechętny taktycznym sztuczkom (zdaniem innych – po prostu mniej inteligentny).

 

Kol. Cenckiewicz uczciwie oddaje też sprawiedliwość Lechowi Kaczyńskiemu jako prawej ręce Bogdana Borusewiczaw okresie tak Wolnych Związków Zawodowych, jak i „Solidarności” (w tym także – warto podkreślić – konspiracyjnej). Nie wiedzieć czemu uważa to jednak za pozytyw w biografii swego bohatera. Co do faktów trafnie jednak wykazuje ogrom różnic, jakie z czasem podzieliły tę dwójkę z Andrzejem Gwiazdą i Anną Walentynowicz, których wykorzystanie przez Kaczyńskiego do budowy własnej „legendy wspólnototwórczej” - było czysto utylitarne.

 

Dla porządku warto również dodać, że kol. Cenckiewicz włożył sporo wysiłku we własną elastyczność, a więc w nie-niepokojenie swych słuchaczy kwestiami tak faktycznie kontrowersyjnymi, jak sprawa abpa Wielgusa i katastrofa smoleńska. W tej pierwszej sprawie kol. Sławek odsyła do szykowanej na wiosnę 2014 r. drugiej części biografii – jednak co do zasady ma bez wątpienia rację uznając, że abp Wielgus był bardzo w Warszawie potrzebny, ale sam się dobił swym plątaniem w zeznaniach. Oczywiście natomiast kol. Cenckiewicz nie ma racji bocząc się przy okazji na rozsądny, antylustracyjny wywiad metropolity udzielony GW tuż przed nieszczęsnym ingresem. Lustracja nadal zresztą pozostaje obsesją kol. Cenckiewicza, który swój jedyny zwerbalizowany zarzut wobec Lecha Kaczyńskiego – sformułował właśnie w związku z „zepsuciem” przez niego (zresztą za poradą właśnie... Borusewicza) ustawy lustracyjnej – tzn. pozostawienie w niej chociaż elementów postępowania sądowego. Odważnie też – zważywszy na okoliczności – kol. Cenckiewicz mówi „nie wiem” nie tylko na pytanie dlaczego Rosjanie w smoleńsku zamordowali Lecha Kaczyńskiego, ale nawet czy miał tam miejsce zamach (co zresztą zaraz osłania się swą atencją dla Antoniego Macierewicza – którego ghost writerem chce ewidentnie zostać).

 

Generalnie dr hab. Sławomir Cenckiewicz o Lechu Kaczyńskim więcej niż na 1.112 kartach swej książki - przekazał w krótkiej wypowiedzi przyznającej, że łatwiej by mu się pisało o kimś kochanym bądź nienawidzonym – niż o tym polityku, którego wyborów, sympatii wizji politycznej nie rozumiał i który nie budził w nim większych emocji. Jak na historyka to wyznanie szarżująco szczere, przy okazji jednak dotykające istoty problemu. Kim bowiem z politycznego punktu widzenia był w istocie Lech Kaczyński za życia? W zasadzie nikim. Zajmował istotne funkcje, wykonywał ważkie zadania wyznaczanie przez innych, w ten sposób wpływając na bieg wydarzeń. Sam jednak pozostał dla kraju człowiekiem bez właściwości (choć z ogromem przywar osobistych i emocjonalnych, z którymi – jak przyznaje – kol. Sławek będzie musiał się zmierzyć opisując choćby chaos panujący w Kancelarii Prezydenckiej tamtej kadencji). Co więcej – była to droga polityczna i prezydentura dokładnie obok oczekiwań obecnych wyznawców i wyborców brata wynoszonego na pomnik bohatera. Tworzy to zatem paradoks ostateczny.

 

Sławek Cenckiewicz wielokrotnie wzywał centro-prawicowych polityków do pisania wspomnień, co miało zresztą pewien istotnie cenny wymiar historiograficzny. Teraz jednak, stając się twórcą kanonicznej dla legendy tego obozu biografii ex-prezydenta – postawił się w sytuacji niemal niespotykanej w branży. Został autorem opisującym postać-widmo, fantoma, którego realna działalność nie miała i nie ma żadnego związku z jej odbiorem społecznym (zresztą w dużej mierze tak pozytywnym, jak i negatywnym). Autor zresztą pośrednio to uznawał powtarzając, że najważniejsze (a więc w domyśle, także ważniejsze od tego, co faktycznie zdziałał) - jest jak to przechodzi do historii. I tu jest chyba pies pogrzebany.

 

Oto wyzwanie, którego podjął się prof. Cenckiewicz – wziąć w ręce zapoznaną nicość i pomóc zrobić z niej pomnik, ważki politycznie i trwający historycznie. Przyznaję, że nie podejrzewałem wcześniej kol. Sławka aż o taką próżność. Jednak po namyśle wydaje się ona oczywista. Wszak udało się kol. profesorowi trwale połączyć swe nazwisko z Lechem Wałęsą (co ma swój wymiar międzynarodowy). Przykładając rękę do desakralizacji tamtej legendy – Sławek udowadnia właśnie, że jak zburzył legendę – tak umie i ją pomóc ją tworzyć. Choćby się więc do tego nie przyznawał i najbardziej trzymał choćby pozoru zasad naukowych – nieuchronnie prof. Cenckiewicz staje na pozycjach demiurga i proroka, nie zaś historyka. A że obiektem eksperymentu czyni akurat takiego „ghost hero”, jak Lech Kaczyński – tym większego kunsztu w tej nowej branży to dowodzi.

 

Konrad Rękas

 

 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30